Przeczytaj początek
historii o szeregowcu Franku:

Ten rok zaczął się koszmarnie, a potem było już tylko gorzej. Niezły początek, prawda?
W styczniu przyszły syberyjskie mrozy. Ścięły z nóg każdego, kto tylko miał nogi i w porę nie znalazł bezpiecznego schronienia. Było tak zimno, że śnieg trząsł się jak galareta, lód zwijał się z bólu, a wiatr kaszlał jak najęty, wyjąc żałośnie, że gdzieś go przewiało.
W lutym nastały nieoczekiwane roztopy. Słońce wysłało na Ziemię miliony rozgorączkowanych promieni. Nakazało im wycisnąć wodę z każdego milimetra przestrzeni. Nawet najtwardsze kamienie roniły mokre łzy. W ciągu paru godzin wszystko zaczęło pływać, choć nie wszystko potrafiło utrzymać się na powierzchni.
A w marcu wybuchła wojna, której nikt się spodziewał. Wybuchła sama, zaskakując wszystkie strony. Wpadła do chałupy Franka, waląc pięściami w spróchniałe drzwi.
Chłopiec był dobrze wychowany, więc otworzył je i powiedział grzecznie do stojących po drugiej stronie żołnierzy:
– Dzień dobry miłym panom! Sądząc po strojach szanownych panów, wybuchła wojna, a panowie przyszli nas o tym poinformować, mam rację? Kawy, herbaty? A może wody prosto od krowy… to znaczy ze studni? A co tam słychać w polityce? Ci tam nadal trzymają się mocno? Bo o pogodzie nie ma raczej sensu rozmawiać, jak mniemam… Jaka jest, każdy widzi…
Żołnierze nie wiedzieli, co powiedzieć. Franek przywitał ich tak, żeby wybić ich z uderzenia i zyskać na czasie. Nie spodziewał się tej wizyty, ale miał coś, czego wielu mogłoby mu pozazdrościć: potrafił w jednej sekundzie na chłodno ocenić sytuację i wymyślić coś na poczekaniu. Zawsze miał pod ręką jakiś tekst wyczytany z urywków gazet i wiedział, jak go użyć.
Żołnierze zarechotali. Znali tylko parę słów w tym języku. Kiedy doszli do siebie, wzięli na muszkę kalekiego ojca, zrozpaczoną matkę i przerażone siostry i dali im pół chwili na spakowanie się.
W pół chwili przestało być śmiesznie.
– Franek, Franek! Uciekaj! – krzyknął ojciec, widząc, że jego syn próbował się wymknąć.
– Cisza! Chłopak pójdzie z nami! – warknął najważniejszy z żołnierzy, zastawiając ciałem drzwi do chałupy.
– Franuś, będziemy na ciebie czekać w…! – zawołał tata, ale musiał urwać w pół zdania. Zapadła nieprzyjemna cisza. I wtedy stało się coś, czego nie spodziewał się nikt. Ojciec Franka zaczął… śpiewać. Żołnierze osłupieli. Była to zupełnie nieznana piosenka, ale najbardziej zaskakujące były jej słowa:
Za naszymi… arbuzami… jedzie dziadek źrebakami. Na armacie syczą widły, lecą, ech, suszone igły, ech, padają one dumnie…
Żołnierze osłupieli, ale Franek podejrzewał, o co chodzi. Pewnie dlatego wybuchnął śmiechem. Wybuchnął równie nieoczekiwanie jak ta kolejna głupia wojna o panowanie nad światem.
– Cisza! – wrzasnął najbardziej umięśniony żołdak, przerywając śpiew taty, po czym wygnał wszystkich na błotniste podwórze i kazał wsiąść na rozklekotany wóz zaprzężony w rozklekotanego konia.
Na wóz wsiadła cała rodzina Franka. Chłopakowi, który niedawno skończył 13 lat, związano ręce i kazano iść w przeciwnym kierunku. Od tej pory miał być jeszcze jednym trybikiem ogromnej armii, której zapach z daleka wywoływał obrzydzenie, a śmiechy wiecznie pijanych wojaków budziły dreszcze.
Parę chwil później wóz ruszył powoli w stronę lasu.
Franek miał od teraz dwa zadania. Po pierwsze, musiał przeżyć. Po drugie, musiał odnaleźć swoją rodzinę i to jak najszybciej, bo każdy kolejny dzień zwiększał prawdopodobieństwo najgorszego.
Nie wiedział jeszcze, że wkrótce do tych dwóch zadań dojdzie trzecie. Kto wie, czy nie najtrudniejsze. Ale na razie jego życie zakleszczyło się pomiędzy niezrozumiałymi wrzaskami, głupimi rozkazami i bezsensowną przemocą. A on był ostatnim, który do takiego świata mógłby pasować.
Wysoki chudzielec długo zastanawiający się nad każdym słowem. Od zawsze nieśmiały w stosunku do obcych. Od urodzenia bujający głową w chmurach. Regularnie szurający swoimi żyrafimi nogami, które raz po raz potykały się o wystający bruk, korzenie i całą menażerię rozmaitych przeszkód.
Tym, co naprawdę odróżniało go od innych, była fenomenalna pamięć. Przechowywał w swojej głowie każde przeczytane albo zasłyszane zdanie, każdy obraz i każdy dźwięk. Dlaczego? Na wszelki wypadek, na później. Zbierał informacje z takim samym zapałem, z jakim chomikował jedzenie, które w jego ubogiej rodzinie zawsze było rarytasem.
Armia, do której został siłą wcielony, przypominała złośliwego grzyba, który zaatakował wilgotną ścianę. Posuwała się powoli, ale nieubłaganie, na wszystkich frontach i we wszystkich kierunkach.
Wszędzie, gdzie dotarła, wbijała swoje pasożytnicze nitki, które oplatały ofiary i wysysały z nich życiodajne soki. Dla chłopaka, który potrafił przez godzinę chuchać na zziębniętą pszczółkę, żeby doszła do siebie i cała i zdrowa wróciła do swoich, dla dziecka, któremu mama zawsze powtarzała: pamiętaj, żeby nikt nigdy przez ciebie nie płakał, ten świat był jak zły sen, z którego nie sposób się obudzić.
Nic więc dziwnego, że pierwszą myślą, jaka przyszła mu do głowy, była ucieczka.

Zanim jednak zaczął rozrysowywać w pamięci drobiazgowy plan tej eskapady, usłyszał dwa suche strzały, po których zapadła dziwna cisza. Franek pomyślał, że pewnie ktoś coś świętuje i wystrzeliły korki od szampana, ale szybko zorientował się, że nigdy w życiu nie widział tego napoju na oczy, więc nie może wiedzieć, jaki dźwięk wydaje przy otwieraniu butelki. Popatrzył na twarze żołnierzy i zrozumiał, co tu się wydarzyło.
Ucieczka nie wchodziła więc w grę. Ale… czy na pewno? Przecież ci dwaj dezerterzy dali się podejść jak dzieci, kryjąc się w stodole na skraju wsi. Franek wiedział, że byłby od nich sto razy bardziej sprytny i z pewnością nie dałby się złapać.
Dlatego też podczas jednego postojów postanowił sprawdzić czujność wojaków. Usiadł na ziemi, oparł się plecami o drzewo i rzucił małym kamieniem w stronę jednego z mężczyzn. Potem rzucił drugim, trzecim, dziesiątym i… nikt nie zareagował. Kamienie trafiły nawet w rozbitą szybę tkwiącą w oknie spalonej chaty, płosząc zaskoczonego gołębia, który szukał w środku czegoś do jedzenia.
I co? I nic. Jedynie jakiś przygłuchy weteran leżący pod płotem wymamrotał coś w stylu: chłopaku, co ty robisz, życie ci niemiłe, czy co?
Dlaczego nikt nie zareagował? Czy to dlatego, że wiosenne słońce prażyło bardziej niż zwykle i każdy myślał tylko o tym, żeby jakoś doczołgać się do wieczora? A może uszy żołnierzy przyzwyczajone do huku wystrzałów nie wychwytywały już tak zwyczajnych dźwięków?
Franek roześmiał się w duchu. W jego serce wstąpiła nieśmiała nadzieja.

Tego wieczora planował wyswobodzić się z niewoli. Musiał się spieszyć, bo z każdą sekundą on i jego rodzina oddalali się od siebie coraz bardziej, poruszając się w dokładnie przeciwnych kierunkach.
Nie wiedział tylko, że w jego oddziale jest ktoś, kto przez cały ten czas doskonale udaje problemy ze słuchem i wzrokiem. To on, kapral „Szklane Oko”, bo taką ksywę nadano mu po tym, gdy zobaczono, w jakim stanie opuścił szpital wojskowy, był odpowiedzialny za łapanie uciekinierów i wykonywanie na nich wyroków śmierci.
Biedny Franek, rzucając kamieniami podczas postoju, od razu wpisał się na jego listę podejrzanych. Na samą górę tej listy…
Koniec części pierwszej
© Maciej Wojtas | Media Wojtas
Oto wyzwanie dla Ciebie:
Odważysz się wskoczyć na wyższy poziom? 🙂
Przetestuj ZA DARMO pierwszą lekcję zajęć online z języka polskiego i kreatywnego pisania.
Zajęcia zbierają świetne recenzje. Adresowane są do dzieci w wieku od 8 do 16 lat.
Kliknij tutaj
© Maciej Wojtas | Media Wojtas