Którą z tych bajek powinienem kontynuować w następnych numerach miesięcznika?
Przeczytaj poniższe fragmenty, a na koniec wyraź swoją opinię 🙂
„Jak Scepan stał się Szczepanem”
Jesteś już? To usiądź wygodnie.
Jak pewnie wiesz, nazywam się Szczepan.
Przepraszam, nie nazywam się tak.
Tak mam na imię.
Zaczekaj…
– Szczepcio, chodź na chwilę!
To moja mama. Muszę iść. Ale zaraz wrócę.
– Juuuuż lecę, mamo…!
Dobra, jestem, musiałem posprzątać swój pokój. Jak ma się tyle zabawek co ja, to sprzątanie zajmuje naprawdę sporo czasu.
A właśnie…
Czy twoje zabawki też same uciekają z półek, skrzyń, pudełek i szuflad, a potem, kiedy nikt nie patrzy, biegają sobie po całym pokoju?
Moje tak robią codziennie.
Dlatego mama stale mówi, że mam w pokoju straszny bałagan.
Mama chyba przesadza.
Nigdy nie przestraszyłem się bałaganu.
Mama to co innego. Raz weszła do mojego pokoju i krzyknęła tak, jakby zobaczyła ducha.
Okazało się, że to nie był żaden duch.
Po prostu weszła do pokoju boso i stanęła na klocku.
Aj… to musiało boleć…
Przepraszam, na czym skończyłem?
Już wiem!
***
Mam prawie pięć lat. Właściwie to cztery i pół. Ale czuję się tak, jakbym miał pięć lat.
Mam tatę, mamę, brata i siostrę.
Tata jest super. Mama jest super. Brat ma prawie trzy lata i wiadomo: jest super.
A siostra dopiero uczy się siadać i wiem, że niedługo też będzie super.
Mama stale mi powtarza, że jestem wspaniałym chłopcem, ale ja w to nie wierzę.
Jestem mniejszy niż inni, chudszy niż inni, słabszy niż inni i choruję częściej niż inni.
W dodatku noszę okulary z grubymi szkłami, a jak się zdenerwuję, to zamiast sz – mówię s, zamiast cz – mówię c, a zamiast rz – mówię z.
Przez cztery lata, trzy miesiące, dwa dni i jedną godzinę żyłem sobie spokojnie w domu, który stoi za miastem.
Czasami biegałem po ogrodzie, bawiłem się z bratem i rozśmieszałem siostrę.
Czasami biegałem z siostrą, bawiłem się w ogrodzie i rozśmieszałem brata.
A czasami biegałem z bratem, bawiłem się z siostrą i rozśmieszałem… ogród.
Naprawdę!
Rozśmieszałem wszystkich jego mieszkańców.
Rozśmieszałem wróble, które siedziały na rynnie i od rana do nocy kłóciły się o wszystko, nawet o to, że stale się kłócą, zamiast robić coś pożytecznego.
Rozśmieszałem podwórkowe koty, które spotykały się pod wierzbą płaczącą, żeby omówić to i tamto.
Rozśmieszałem ślimaki, które wychodziły po deszczu, żeby poślizgać się po trawie, a zdarzyło mi się nawet parę razy rozśmieszyć pszczoły, które przylatywały całą bandą od sąsiada, żeby najeść się u nas kwiatowego nektaru.
I powiem ci, że pszczoły nie mają chyba poczucia humoru, bo czasami mnie żądliły.
Ale przylatują tu często, bo kwiatów mamy tak dużo, że tata mówi, że moglibyśmy założyć kwiaciarnię.
***
Niestety, od kilku dni jest inaczej.
Od kilku dni chodzę do przedszkola.
W mojej grupie jest dużo dzieci, ale żadne z nich nie chce się ze mną bawić.
Mówią, że jestem nowy. Albo że jestem inny. Poza tym – nic do mnie nie mówią.
Pytają tylko czasem, skąd się wziąłem i jak właściwie mam na imię: Szczepan czy Scepan.
Wszyscy tam się znają, bo chodzą do przedszkola od roku albo dwóch.
Znają się i mają swoje sprawy. Mówią, że to są ich sprawy, a nie moje.
Dlatego nie chcę tam chodzić.
Niestety, mama i tata mają inne zdanie.
Zdanie młodszego brata się nie liczy.
A zdania siostry nikt nigdy nie słyszał.
***
Zaraz wyjdę z domu i znowu pójdę do przedszkola.
Czekaj, mama mnie woła.
– Szczepcio…!
Nie lubię, kiedy tak do mnie mówi.
– Szczepek!
Tak nie lubię jeszcze bardziej.
– Szczep!
A tak nie lubię najbardziej, bo szczep kojarzy mi się z…
– Już idę, mamo.
– Ubierz się i poczekaj pod bramą. Wezmę tylko coś z twojego pokoju.
– Dobra.
No to już wiesz, jak to wygląda. Muszę lecieć. Strasznie chciałbym, że już było popołudnie. Byłbym już z powrotem w domu.
– Szczepan, chodź, idziemy. Pojedziemy autem, bo jest już późno.
– Dobrze, mamo…
Mam nadzieję, że auto nie zapali (tak jak kiedyś) i nie pojedziemy do przedszkola.
Wtedy mama powie, że niestety muszę zostać w domu, a ja zrobię smutną minę, że jest mi przykro.
– Jesteś gotowy?
– Tak.
– No to chodź, wskakuj, jedziemy!
Nie mam innego wyjścia, wskakuję. Muszę tylko poprawić fotelik i zapiąć pas.
– Szczepan, coś nie mogę zapalić.
– Naprawdę?
– Spróbuję jeszcze raz.
– Ale po co?
– Może się uda.
– To pewnie akumutator, mamo.
– Akumulator.
– Taka duża bateria.
– Mówi się akumulator, nie akumutator.
– Czyli zepsuł się, tak?
– Spróbuję jeszcze raz… Jest!
Co za pech, udało się. To auto jest za dobre. Może kiedyś się zestarzeje, zardzewieje i popsuje, ale na razie niestety działa.
– Szczepcio, a wziąłeś…
– Wziąłem.
– A zabrałeś…
– Zabrałem.
– A…
– Mam wszystko, mamo.
– Zuch z ciebie!
Jedziemy. Jedziemy. Jedziemy. Szybciej, szybciej, coraz szybciej i… teraz wolniej. Coraz wolniej. Stop. Stoimy. Super!
– No nie, patrz, jaki korek!
– Wiadomo, poniedziałek.
– Jakoś w inne dni nie ma korków.
– Szkoda, że tydzień nie składa się z poniedziałków, sobót i niedziel…
– Co mówisz, Szczepcio?
– Nic, nic.
– A może wysiadłbyś tutaj i poszedł dalej sam?
– Mamo, przecież to niebezpieczne!
– Masz rację. Trudno, stoimy.
– Jak trzeba, to trzeba.
– A jak tam w przedszkolu, lepiej czy…?
– No.
– O, patrz, korek znika!
– Zaraz będzie czerwone światło, mamo, jedź wolniej.
– Masz rację. Aaa… zapomniałam. Dziś przyjdę godzinę później, bo wypadło mi spotkanie w pracy.
– Godzinę??
– Góra półtorej, może dwie, ale będę chciała przyjechać jak najszybciej.
Szkoda, że nie widzisz teraz mojej miny. Chociaż właściwie dobrze, że jej nie widzisz. Zwłaszcza tych błyszczących kropelek, które świecą się w moich oczach.
– O, już jesteśmy. Wyskakuj i leć, mój supermenie!
– Lecę, mamo. Pa…
– Albo nie, pójdziemy razem. Z tego wszystkiego zapomniałam, że mam dla ciebie prezent.
– Prezent?
Szkoda, że nie widzisz teraz mojej miny. Mama wie, jak robić niespodzianki!
– Chodź do szatni. Dam ci go w szatni.
– Ale tak przy wszystkich?
– Nic się nie bój!
Też tak masz, że jak ktoś ci mówi „nic się nie bój”, to zaczynasz się naprawdę bać?
– Będzie dobrze!
Też tak masz, że jak ktoś ci mówi „będzie dobrze”, to czujesz, że wcale tak nie będzie?
– Cześć, Szczepan i dzień dobry pani.
A, to jakiś chłopak z mojej grupy. On jeden jest chyba w porządku.
– Pani jest mamą Szczepana?
– Dzień dobry, tak jestem jego mamą. Szczepcio, przywitaj się z kolegą.
– Ceś… Cześć.
– Cześć, Szczepan! To na razie, idę do sali.
***
– Bardzo miły chłopiec i jaki grzeczny, prawda?
– No.
– Też byś tak mógł czasem…
– A co z tym prezentem?
– Ten chłopiec bawi się z tobą, kochanie?
– Nie.
– Właśnie, prezent. Byłabym zapomniała.
Nie wiem, co to za prezent. Urodziny miałem dawno, a do imienin jeszcze pół roku. Widzę tylko, że mama sięga teraz do torebki. Coś z niej wyciąga. No nie… to nie może być to! Przyniosła z domu moją starą ciężarówkę, takie małe plastikowe autko. I jeszcze wzięła Pana Scepana, czyli takiego plastikowego ludzika, którego wsadzałem do kabiny auta i bawiłem się, że wozimy razem różne rzeczy. To strasznie stara zabawka. Dostałem ją, jak byłem mały.
– Mamo… weź… schowaj, bo wszyscy patrzą.
– To jest prezent dla ciebie, ale muszę ci coś jeszcze powiedzieć.
– Tak przy wszystkich?
– Nie, na ucho.
Zaraz się zacznie. Akurat teraz wszyscy tu są. Nie mają nic innego do roboty?
– Co chcesz mi powiedzieć?
– Zbliż się, powiem ci do ucha.
Przysuwam się do mamy. Zaczynam słuchać. Szkoda, że nie widzisz teraz mojej twarzy. Robi się czerwona jak zawstydzony burak. Mama mówi mi coś dziwnego. Bardzo dziwnego. To coś tak dziwnego, że…
– Naprawdę, mamo?
– Naprawdę, Szczepciu. Po to wzięłam te dwie zabawki.
– I to pomoże? Będą się ze mną bawić?
– To zawsze pomaga.
– A nie będą się ze mnie śmiać?
– Nie będą.
– Na pewno?
– Może przez chwilę. Na samym początku.
– A potem już nie?
– Potem stanie się coś…
– Co?
– Sam zobaczysz! Pa, Szczepciu, bądź grzeczny! Wrócę trochę później. Wiesz, muszę zostać w pracy.
– Pa, mamo…
(koniec pierwszego odcinka)
© Maciej Wojtas
„Nieon i Nieona”
Pierwszy dzień szkoły to poważna sprawa.
Nie jesteś już przedszkolakiem.
Nie chodzisz już do zerówki.
Jesteś uczniem albo uczennicą.
Pierwszoklasistą albo pierwszoklasistką.
Brzmi nieźle, prawda?
***
Pierwszego dnia szkoły dzieci z klasy pierwszej weszły do świeżo wyremontowanej sali.
W powietrzu unosiły się jeszcze zapachy żółtej farby do ścian, niebieskiego płynu do mycia szyb i białej pasty do polerowania drewnianej podłogi.
Ale przede wszystkim unosił się tam zapach nieznanej przygody.
Żadne z dzieci nie wiedziało, co czeka je w tym roku i czym tak właściwie jest pierwsza klasa.
Wiedziały tylko, że od tej pory nie będą już bawić się zabawkami, tylko siedzieć na krzesełkach przez całe 45 minut.
Wiedziały też, że rytm ich szkolnego życia będą od teraz wyznaczać dzwonki oznaczające przerwę lub jej koniec.
***
Do sali weszła młoda kobieta. Uśmiechnęła się łagodnie, rozejrzała dookoła i powiedziała:
– Dzień dobry wszystkim! Mam na imię Basia i będę waszą wychowawczynią, czyli taką najważniejszą nauczycielką. Jeszcze raz: dzień dobry wszystkim!
– Dzień dobry… – odezwały się nieśmiało dzieci.
– Usiądźcie. Zaraz sprawdzę, kto dziś jest, a kogo nie ma. A przy okazji poznam was trochę.
Nauczycielka zaczęła wyczytywać kolejne nazwiska. Każde dziecko najpierw opowiadało coś o sobie, a potem odpowiadało na różne pytania.
W pewnym momencie wzrok pani Basi spoczął na chłopcu, który siedział na najlepszym miejscu w całej sali: w drugim rzędzie obok dużego okna, przez które było widać rzekę opływającą teren szkoły od zachodu.
– Masz na imię Michał, prawda? – zapytała nauczycielka.
– Tak, proszę pani, ale rodzice mówią na mnie Nieon.
– Nieon? O, to ciekawe. Nie wiedziałam, że jest takie imię.
– Ja też nie, proszę pani.
– Ale jest takie imię, prawda?
– Nie ma.
– To dlaczego tak na ciebie mówią?
– Nie wiem. Rodzice często mówią: „nie, on się do tego nie nadaje” albo „nie, on sobie z tym nie poradzi”, albo „nie, on nie ma o tym pojęcia”. Wszystko, co mówią, zaczynają od: „nie, on coś tam, coś tam”. Więc wychodzi na to, że mam chyba na imię Nieon.
Nagle jedna z dziewczynek siedzących dwie ławki dalej podniosła rękę:
– Na mnie też tak mówią!
– A jak masz na imię? – zapytała nauczycielka.
– Marcelina.
– I mówisz, Marcelinko, że rodzice mówią na ciebie „Nieon”?
– No… prawie. Mówią na mnie Nieona.
– Ale dlaczego, moje dziecko? Przecież nie ma chyba takiego imienia, prawda?
– „Nie, ona powinna zostać w domu, to nie dla niej” albo „Nie, ona ma dopiero 7 lat, nic jeszcze nie wie o życiu”, albo „Nie, ona tego nie zrozumie, jest jeszcze dzieckiem” – zaczęła wymieniać dziewczynka.
Michał aż podskoczył na swoim krześle, kiedy usłyszał słowa Marceliny.
– Myślałem, że tylko do mnie tak mówią!
Chłopiec chciał coś jeszcze dodać, ale w tym samym momencie rozbrzmiał sygnał dzwonka. Wszystkie dzieci wybiegły z sali na korytarz, żeby rozprostować nogi, coś zjeść i porozmawiać ze swoimi nowymi koleżankami i kolegami. Rozpoczęła się przerwa.
Marcelina podeszła do Michała:
– Naprawdę mówią na ciebie Nieon?
– A na ciebie Nieona?
– No, czasem! – roześmiała się dziewczynka.
– A ja cię chyba skądś znam… Mieszkasz w tym bloku z takim wielkim słoneczkiem namalowanym na jednej ścianie? – zaczął zastanawiać się jej nowy kolega.
– Tak, tak. Dokładnie tam.
– W pierwszej klatce?
– Tak…
– Na czwartym piętrze?
– Skąd wiesz?
– Bo ja też tam mieszkam.
– A więc to ty jesteś tym nowym sąsiadem?
– Mieszkamy tam od tygodnia. Przeprowadziliśmy się, bo tata dostał tu pracę. Mama w sumie też.
– Aaaa… więc będziemy sąsiadami?
– Już jesteśmy. Od tygodnia, ale tak naprawdę to od wczoraj, bo wcześniej nie było jeszcze mebli, więc nie mogliśmy tam spać.
– Fajnie!
– No.
– A masz rodzeństwo?
– Nie, a ty?
– Też nie. Ale mam psa, chociaż wolałbym siostrę albo dwie.
– A ja mam rybki w takim wielkim akwarium.
– Suuuper! Zawsze chciałam mieć akwarium, ale rodzice…
– Wiem: „Nie, ona jest za mała, żeby opiekować się zwierzętami, całe akwarium będzie na mojej głowie”.
– Skąd wiedziałeś?
– Jak to, skąd? Jestem Nieon! – parsknął ze śmiechu Michał.
***
Bzzzzzz… Dzzzzzzz… Bzzzzz… Dzzz…
Szkolny dzwonek znowu zadźwięczał. Przerwa się skończyła. Dzieci były zaskoczone, że trwała tak krótko. Nawet nie zdążyły porozmawiać o tym i o tamtym, a już trzeba było wracać do sali.
– Pokażesz mi kiedyś to akwarium? – szepnęła Marcelina do Michała, zanim usiadła na swoim miejscu.
– Pewnie! Przyjdziesz dziś do mnie?
– A mogę?
– Jasne, że tak!
– Super! To przyjdę!
***
Marcelina dotrzymała słowa. Po obiedzie przyszła do mieszkania Michała. Przywitała się z jego tatą, który akurat w tym tygodniu pracował zdalnie, na komputerze. Mama chłopca miała wrócić niedługo ze szpitala, z porannej zmiany.
– Pokażesz mi to akwarium? – zapytała zniecierpliwiona dziewczynka.
– Pewnie, chodź za mną.
Dzieci weszły do pokoju. Marcelina oniemiała z zachwytu. Akwarium było naprawdę ogromne. A przynajmniej takie sprawiało wrażenie, bo kiedy podeszła bliżej, okazało się, że jest co prawda wysokie i szerokie, ale nie jest zbyt głębokie. Nie mogło takie być, bo gdyby było, to podłoga mieszkania nie wytrzymałaby takiego ciężaru wody.
– Hej, a widziałeś to? Z jedną rybką jest… coś nie tak…
– Widziałem, widziałem. Nie wiem, co się z nią dzieje. To była moja ulubiona rybka…
– Wygląda tak, jakby odpadały jej srebrne łuski.
– To pewnie jakaś choroba.
Dziewczynka zaczęła się bacznie przyglądać dziwnej rybce.
– Czekaj, czekaj… ale… ona chyba nie jest chora!
– Nie? Przecież odpada jej skóra i w ogóle.
– Ona się… zmienia!
– Jak to?
– Spójrz, jak pływa. Jak zupełnie zdrowa ryba! O, teraz podpłynęła do jedzenia, normalnie sobie je: mniam, mniam, chrum, chrum, chrum. I znowu sobie pływa.
– To w co się zmienia? Mama mówi, że to pewnie jakaś choroba skóry. Jest pielęgniarką, zna się na tym.
– Gdyby to była choroba skóry, to rybka miałaby pod spodem takie czerwone plamy.
– Skąd wiesz?
– Miałam kiedyś takie dziwne kropki na rękach.
– Aaaa…
– Mówię ci, twoja rybka zmienia się w…
– W co?
– W złotą rybkę!
– Serio…? – Michałowi aż zakręciło się w głowie.
– Widzisz tutaj, tam, gdzie ma skrzela, takie małe błyszczące coś?
– Widzę.
– Niedługo cała będzie taka złota.
– Złota… Ooo…
***
Następnego dnia w szkole Michał podszedł do Marceliny i szepnął jej coś do ucha. Dziewczynka aż podskoczyła, kiedy to usłyszała. Kiedy zauważył to Dawid, największy rozrabiaka w klasie, krzyknął na cały głos:
– Narzeczona para, Michał i Barbara, narzeczona para, Michał i Barbara!
– Sam jesteś Barbara! – odpowiedziała mu Marcelina, pukając palcem w czoło.
– Cicho! – syknął na niego Michał – Nie wiesz, o co chodzi.
– Jak to nie wiem? Przecież widzę! Narzeczona para, narzeczona para! Michał i nie Barbara, Michał tralalala!
– Michał, daj mu spokój. Gdyby tylko znał naszą tajemnicę, to… – wtrąciła się Marcelina, mrugając okiem do swojego blokowego sąsiada.
– Narzeczona para, narzeczo… na pa… – zamilkł na chwilę Dawid – Co? Tajemnicę? Jaką tajemnicę? O co chodzi? – dopytywał się bez skutku.
– To wielka tajemnica. Nie możemy ci jej zdradzić – powiedział poważnie Michał.
– Nie, on nie może się o niczym dowiedzieć! – zaśmiała się Marcelina. Nie zauważyła, że tym zdaniem niechcący sprawiła, że kolejne dziecko z jej klasy stało się „Nieonem”.
***
Jeszcze tego samego dnia, po południu, Marcelina wybrała się do mieszkania Michała.
– I jak tam nasza rybka? – zapytała, zdejmując buty.
– Miałaś rację, ona naprawdę się zmienia! Robi się coraz bardziej złota! – zawołał podekscytowany Michał.
Dziewczynka stanęła przed akwarium i zaczęła uważnie przypatrywać się pływającemu zwierzątku, które dziś faktycznie błyszczało o wiele bardziej niż wczoraj.
– Niesamowite… Myślałam, że to niemożliwe, ale ona jest coraz piękniejsza…
– Nooo…
– A jeśli ona naprawdę będzie…
– … spełniać życzenia?
– Tak.
– Myślisz, że to możliwe? Takie rzeczy dzieją w bajkach, a nie w naszym bloku.
– Zapytajmy ją!
Dziewczynka podeszła jeszcze bliżej i zapukała paznokciem w szybę.
– Hej, rybko! Jesteś złota?
– Przecież widać, że jest.
– Wiem, pytam tylko, czy jest prawdziwą złotą rybką. Taką, która spełnia trzy życzenia.
– Tak…
Chłopiec popatrzył na koleżankę.
– Kto powiedział „tak”?
– To ja… złota rybka…
Dzieci zaniemówiły. Michał złapał się za głowę, a Marcelina prawie przewróciła się na podłogę.
– Jestem prawdziwą złotą rybką, ale nie spełnię waszych trzech życzeń.
– Dlaczego? – zdziwił się mały właściciel wielkiego akwarium.
– Bo…
– Bo jesteś rybką jednożyczeniową? – dopytywała Marcelina.
– Nie, jestem normalną złotą rybką, tylko że dwa życzenia już spełniłam.
– Jak to? Komu? – zmartwił się Michał.
– Moim pierwszym życzeniem było, żeby ktoś mnie w ogóle zauważył. A drugim, żeby ktoś mnie usłyszał i zrozumiał. Spełniło się jedno i drugie. Zostało mi więc tylko jedno życzenie. Zastanów się spokojnie, czego najbardziej chcesz, czego pragniesz.
– A czy ja mogę o coś poprosić? – zapytała nieśmiało dziewczynka.
– Jeśli tylko twój kolega się na to zgodzi, to oczywiście, że tak.
– Michał, mogę? – Marcelina popatrzyła na chłopca błagalnym wzrokiem.
– Yyy… A jakie jest twoje życzenie?
– Chciałabym, żeby rodzice bardziej we mnie wierzyli. Żeby przestali mówić „nie, ona coś tam”.
– A ja chciałbym przestać się bać, że nie dam sobie rady, chciałbym przestać myśleć, że jestem „Nieonem”.
– Więc mamy podobne marzenia!
– To co robimy? Poprosimy ją o spełnienie tego życzenia?
– Ja bym chciała, a ty?
– Bardzo!
– No to powiedz to rybce!
Michał podszedł do akwarium. Przez chwilę nic nie mówił. Układał sobie w głowie treść ich wspólnego życzenia. Wziął głęboki oddech i zaczął rozmowę.
– Jesteś tam, rybko?
– Jestem, jestem. I czekam na życzenie.
– Więc Marcelina i ja chcielibyśmy…
– Nie musisz kończyć. Dobrze wiem, o czym marzycie.
– Ale na pewno wiesz? Bo my chyba nie wiemy, jak powiedzieć, o co nam chodzi… To nie jest takie proste – zmartwił się Michał.
– Bez obaw. Jestem tylko małą rybką, ale obserwowałam cię od dłuższego czasu. Jeszcze wtedy, kiedy mieszkaliście nad morzem. Wiem, co sprawia ci największą przykrość. Wiem, co boli ciebie i Marcelinę.
– W takim razie… to takie jest to nasze życzenie, to znaczy moje i Marceliny.
– A więc niech się spełni! – zawołała rybka, a z jej pyszczka wyleciało kilkanaście bąbelków powietrza, które wyglądały jak maleńkie, srebrne perły frunące do góry.
Dzieci popatrzyły na siebie. Zapadła cisza. Nikt nie miał odwagi pierwszy się odezwać. W końcu Marcelina nie wytrzymała:
– To już?
– Tak, już – potwierdziła złota rybka.
– I tyle? – zdziwił się Michał.
– Tak, drogie dzieci, jutro rano wszystko się zmieni.
– Jutro?
– Przepraszam, pomyliłam się. Już dziś. Wasze życzenie zacznie się spełniać już dziś wieczorem.
– Czyli za jakieś cztery godziny?
– Tak, kiedy tylko pójdziecie spać… – wyjaśniła rybka, po czym odpłynęła w stronę kępki wodnych roślin.
– Nie mogę się doczekać! – krzyknął Michał. Wziął głęboki oddech, przetarł ręką oczy, znowu wziął oddech, a potem potrząsnął głową z niedowierzaniem. To nie mogło dziać się naprawdę. To musiał być jakiś sen!
– Eee… Może odwołajmy to życzenie? – szepnęła nagle wystraszona Marcelina.
– Dlaczego?
– Ona powiedziała: „jutro wszystko się zmieni”.
– No i super!
– Wiesz, co to znaczy „wszystko”? Wszystko to naprawdę wszystko!
– Aaaa… – jęknął chłopiec, który w tym momencie zrozumiał, w co się wpakowali.
(koniec pierwszego odcinka)
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
„O królu Przymiotniku i reszcie pięknych słów”
Cóż to była za kraina!
Rzekami płynął miód, a z kranów ciekło świeże mleko.
Znudzone ryby posuwały się leniwie w stronę morza, kosztując złocistej słodyczy.
Ludzie kąpali się w kryształowych wannach wypełnionych białym płynem.
Drzewa rodziły owoce przez cały rok, nawet zimą.
Warzywa na wyścigi wyskakiwały z grządek do wiklinowych koszyków.
Pogoda była delikatna jak ptasi puch.
Chmury z góry przepraszały za zbyt grube krople,
pioruny uderzały cicho w niezamieszkane połacie terenu,
a wiatr skrupulatnie przestrzegał znaków z ograniczeniem prędkości.
W samym środku tej krainy stał zamek, w którym mieszkał król Przymiotnik Pierwszy Wielki ze swoją córką i całym dworem.
I to właśnie ten człowiek sprawił, że baśniowy raj zamienił się w piekło.
Jak do tego doszło?
Pewnego dnia dowiedział się od mędrca, co to znaczy być Przymiotnikiem.
Od razu wydał rozkaz, żeby każdy poddany, który znajdzie się w jego pobliżu, wypowiedział jedną pochwałę na jego cześć.
Dopisał drobnym drukiem, że pochwała musi być zupełnie nowa i że jeśli ktoś powtórzy czyjeś słowo albo powie coś negatywnego pod adresem władcy – to wyląduje w wilgotnym lochu.
Król chciał być obsypywany przymiotnikami na okrągło, dlatego codziennie wychodził z zamku na obchód swojego królestwa.
– „Wspaniały!”
– „Cudowny!”
– „Niezwykły!”
– „Zjawiskowy!”
Takie brylanty raz po raz leciały w jego stronę.
Czasami król zaskakiwał poddanych, pytając:
– A czyj jest ten najokazalszy zamek na świecie?
– Twój, panie!
– A która moja korona jest najdroższa?
– Ta wysadzana milionem diamentów!
Na początku było łatwo.
Ale w pewnym momencie ludziom zaczęło brakować pomysłów.
Dlatego uradzili, żeby dodać więcej mocy słowom, które już zostały wypowiedziane.
– „Wspanialszy niż…!”
– „Cudowniejszy niż…!”
– „Bardziej niezwykły od…!”
– „Bardziej zjawiskowy od…!”
Takie słowne fanfary towarzyszyły teraz władcy na każdym kroku.
Ale i te pochwały wkrótce się wyczerpały.
Ludzie sięgnęli więc po najcięższe działa.
Zaczęli przyozdabiać zużyte wyrazy cząstką „naj”.
– „Najwspanialszy!”
– „Najcudowniejszy!”
– „Najbardziej niezwykły!”
– „Najbardziej zjawiskowy!”
Parę miesięcy później stało się to, czego każdy się obawiał.
W słownikach zabrakło przymiotników, którymi można byłoby przywitać przechadzającego się króla.
Poddani zaczęli powoli zapełniać lochy zamczyska.
Nocami, zza drzwi więzienia dało się usłyszeć, co ludzie sądzą o swoim władcy:
– „Głupi!”
– „Okrutny!”
– „Zły!”
– „Podły!”
Kiedy wystrzelano tę drobną amunicję, sięgano po większy kaliber przymiotników:
– „Głupszy niż…!”
– „Okrutniejszy od…!”
– „Gorszy niż…!”
– „Bardziej podły niż…!”
Na koniec w powietrze wylatywały prawdziwe słowne bomby atomowe:
– „Najgłupszy!”
– „Najokrutniejszy!”
– „Najgorszy!”
– „Najpodlejszy!”
Mieszkańcy krainy przestali wychodzić z domów, żeby przypadkiem nie natknąć się na króla Przymiotnika Pierwszego Wielkiego.
Aż pewnego dnia przed zamkiem pojawił się młody rycerz.
Stanął pod murami i zaczął krzyczeć:
– Hej, ty!
– Do mnie mówisz, blaszany człowieku? – zdziwił się król.
– Do ciebie, ty taki, siaki i owaki!
– Że co??
– Przyjechałem poślubić twoją córkę.
– Że jak???
– Zdobędę jej rękę, nie mówiąc ani jej, ani tobie – ani jednego słowa! Ani pół przymiotnika!
– Jak masz na imię, zuchwalcze?!
– Nie powiem ci.
– Rozkazuuuu…!
– Sam zgadniesz, kiedy zacznę robić to, co zaplanowałem!
– Masz tupet! – wrzasnął Przymiotnik, nerwowo poprawiając białą perukę.
– Powiem ci więcej, choć miałem nic nie mówić.
– Nic już nie mów! Naprawdę… dość!
– Ludzie sami będą mnie obsypywać przymiotnikami. Twoimi przymiotnikami! A najwięcej ich wypowie do mnie twoja piękna córka! – roześmiał się nieznajomy.
(koniec pierwszego odcinka)
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
„O rekinie, który potrzebował trochę czasu do namysłu”
Ta historia nie wydarzyłaby się, gdyby nie Ingrid i jej dobry wzrok.
Był rok 1505.
Pewnego pochmurnego, wietrznego dnia mała Ingrid i jej trochę starszy brat Ole przemierzali opustoszałą plażę otaczającą wyspę, na której ich ród mieszkał od pokoleń.
Nagle dziewczynka zauważyła szary kształt leżący na równie szarym tle.
Tym „szarym kształtem” byłem ja.
– Ole, spójrz, to chyba malutki… rekin! – zawołała Ingrid.
– Gdzie?
– Tam, takie gładkie coś, na tych kamieniach.
– Czekaj, zaraz sprawdzę – odpowiedział Ole, podbiegając razem z siostrą do znaleziska.
– No i?
– To rekin polarny. Mały, pewnie niedawno się urodził. Jeszcze żyje. Musiał wylądować tu przed chwilą, bo jego skóra jest wilgotna.
– Ale ty mądry jesteś! – zawołała z podziwem Ingrid.
– Wiem – potwierdził Ole, puszczając oko do siostry.
– I co teraz?
– Wezmę go i… wiesz, co zrobię… A potem zabiorę go do wioski i powiem wszystkim, że sam go upolowałem. Już sobie wyobrażam, jak będą mnie podziwiać! – rozpędzał się chłopiec.
– Ole, Ole, Ole… Jesteś mądry, ale czasem jak coś powiesz… Pomyśl. Jak się dowiedzą, że „dzielnie upolowałeś” tego małego, zupełnie bezbronnego rekinka, to zaczną się z ciebie śmiać. Poza tym, to niehonorowo walczyć z kimś o wiele od siebie słabszym. Dobrze mówię?
– Masz rację… – odpowiedział niedoszły łowca rekinów.
– Weźmy go lepiej i zanieśmy do wody, bo zaczął się odpływ i bez naszej pomocy zaraz umrze.
Ole z niemałym trudem wziął mnie na ręce. Choć byłem wtedy bardzo młody, to ważyłem całkiem sporo.
– Nie wiedziałem, że będzie taki ciężki… – stękał Ole.
– Musimy się pospieszyć!
– Przecież wiem…
– Może, zanim dojdziemy do wody, opowiemy mu coś, żeby nie myślał o tym wszystkim?
– Chcesz go czymś zająć?
– Tak.
– A może… być… zagadka? – wyszeptał mocno zmęczony już chłopiec.
– No pewnie!
– To słuchaj, rekinku. Do baru wchodzą… ksiądz, rabin i pastor…
– Ole, jaki pastor?
– Fakt.
– Przecież mamy dopiero 1505 rok.
– No to może: co to jest, nie je, nie pije, a chodzi i bije…?
– Za proste. Nawet ja wiem, że to zegar na wieży. Kowal Knut podobno zna kogoś, kto słyszał o człowieku, który taki zegar widział na własne oczy – przypomniała sobie Ingrid.
– Dobra, mam. Co to jest: po wodzie pływa, oliwa się nazywa?
– Wiesz, rybko, co to jest: po wodzie pływa, oliwa się nazywa? – zapytała swoim szczebiotliwym głosem dziewczynka.
– Hmm… Co to może być? – pomyślałem, próbując zrobić jakąś mądrą minę.
– To koniec. Płyń… – powiedział ostatkiem sił Ole, brodząc w zimnej wodzie po kolana.
– Żegnaj, rybko! – krzyknęła Ingrid.
Przemknęło mi przez głowę, że muszę ich koniecznie o coś zapytać, tylko że w tym samym momencie poczułem, że moje ciało łaskoczą już frędzelki morskich fal. Ale pomyślałem, że mogę zapytać później, bo to nie jest aż takie pilne i że przecież i tak wrócę tu za chwilę.
„Za chwilę, za chwilę, za chwilę…” – powtarzałem sobie te słowa, nurkując coraz niżej i zapadając się powoli w podwodną ciemność.
Musisz wiedzieć, że my, rekiny polarne, nigdy nigdzie się nie spieszymy.
Dla nas jedna chwila potrafi trwać bez końca.
Jeśli mówimy: „zrobię to za chwilę”, to może oznaczać za 5 minut albo za 5 miesięcy, albo za 5 lat.
To dlatego wróciłem w okolice tej wyspy dopiero ponad 20 lat później.
Na kamienistej plaży znowu bawił się jakiś chłopiec.
Z daleka wyglądał tak samo jak Ole.
„Przepraszam, chciałbym cię o coś zapytać, choć pewnie pomyślisz sobie, że to głupie pytanie” – powiedziałem w swoim języku, podpływając jak najbliżej brzegu.
Niestety, chłopiec wyglądał co prawda jak Ole, ale był jego najmłodszym synem. W dodatku nie zauważył mnie, bo był zajęty zabawą mokrymi kamykami.
„Masz rację, zapytam później” – pomyślałem sobie i wyruszyłem w drogę powrotną do szaroburych głębin.
***
Co 20-25 lat wracałem, żeby spróbować zadać swoje pytanie.
Za każdym razem na plaży spotykałem ludzi, którzy kogoś mi przypominali, ale to nigdy nie był ani ten Ole, ani ta Ingrid.
Przypływałem tam, kiedy ludzie bili się między sobą na śmierć i życie, choć zupełnie nie wiadomo, o co – i kiedy posiniaczeni od stóp do głów godzili się, obiecując solennie, że to już na pewno ostatni raz.
Kiedy pływali po morzach żaglowcami popychanymi przez kapryśny wiatr, odkrywając przy tym nowe-stare światy – i kiedy siedząc w wygodnych fotelach, serfowali po falach internetu.
Kiedy spacerowali po powierzchni Księżyca – i kiedy nurkowali w Rowie Mariańskim.
Kiedy ludzkość była górą – i kiedy staczała się na samo dno.
I co?
I nic.
Bez efektu.
***
Nadszedł wreszcie rok 2017.
Nie byłem już małą rybką.
Nie byłem, bo każdego roku, odkąd tylko się urodziłem, moje ciało wydłużało się o 1 centymetr.
Teraz mierzyłem już grubo ponad 5 metrów i – jak każda ryba – nie zamierzałem wcale przestać rosnąć!
Zaczynałem powoli planować kolejną wyprawę w stronę wyspy, kiedy przed oczami przepłynęło mi coś dziwnie znajomego.
„Czekaj, czekaj, czekaj… Niech ci się przyjrzę. Skąd ja cię…? Czy ty nie masz czasem na imię… Ole?” – pomyślałem.
Wokół mnie pływał jakiś wyjątkowo ciekawski płetwonurek.
To był
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
pra
prawnuk tego chłopca, który latem 1505 roku, na kamienistej plaży otaczającej wyspę, na której jego ród mieszkał od pokoleń – uratował mi życie.
„Jak dobrze, że cię widzę” – zagadnąłem go po swojemu, czyli nie wydając żadnych dźwięków. „Już dawno chciałem cię o coś ważnego zapytać. Ta zagadka: po wodzie pływa, oliwa się nazywa. Bardzo fajna. Od razu mi się spodobała. Chciałbym ją rozwiązać, ale mam jeden mały problem, który dręczy mnie od ponad 500 lat. Czy mógłbyś mi powiedzieć, co to właściwie jest ta… oliwa?” 🙂
(koniec pierwszego odcinka)
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
„Jasiu i opowieści z zatopionego świata”
Nadeszła słoneczna, sucha i kolorowa jesień.
3-letni Jaś od jakiegoś czasu głośno marzył o wyprawie nad morze.
Tata cierpliwie odpowiadał mu za każdym razem, że pojadą tam latem, kiedy zrobi się naprawdę ciepło.
Pewnego wrześniowego dnia, kiedy powietrze pachniało jeszcze ziemniakami zbyt długo pieczonymi w ognisku, na rękę Jasia spadła lodowata śnieżynka.
Chłopiec aż podskoczył ze zdziwienia.
Pobiegł do taty, żeby mu o tym opowiedzieć, ale ten mu nie uwierzył.
Był przecież dopiero wrzesień i powietrze musiało jeszcze pachnieć przejrzałymi jabłkami, które zawieruszyły się w wysokiej trawie.
Tymczasem śnieżynka istniała naprawdę.
Była pierwszym płatkiem, który zwiastował niezwykłe wydarzenie.
Wieczorem błękitne niebo zrobiło się pomarańczowe, potem czerwone, bordowe, fioletowe, a na koniec pokryło się szarymi chmurami, z których nocą zaczął padać śnieg.
Rankiem okazało się, że napadało go prawie 100 centymetrów, czyli jeden metr.
Tata powiedział Jasiowi, że to anomalia, czyli coś dziwnego, co normalnie nie powinno się zdarzyć.
Obaj dobrze wiedzieli, że był przecież wrzesień i powietrze migotało jeszcze tu i ówdzie zapachem leśnej ściółki udekorowanej wszystkimi rodzajami grzybów.
Tego dnia puszysta, metrowa warstwa śniegu powoli opadła i do wieczora skurczyła się dziesięciokrotnie.
Kolejnej nocy znowu jednak spadło 100 centymetrów śniegu.
Tata zaczął szukać łopaty, żeby usunąć biały puch przygniatający swoim ciężarem dach domu.
Spędził też kilka godzin, odśnieżając podjazd i drogę do ich posesji.
Nikt w okolicy nie wiedział jeszcze, że tak właśnie będzie od tej pory wyglądał każdy dzień każdego mieszkańca tego osiedla.
Nocą z nieba spadał równiutki metr śniegu, a za dnia biała pierzyna topiła się prawie do końca.
Tata Jasia kupił profesjonalny sprzęt do odśnieżania, ale pracy wcale nie ubywało.
Wręcz przeciwnie.
***
Nadeszła sroga zima, po niej przydreptała zmarznięta wiosna, a po wiośnie chłopiec miał wreszcie pojechać nad morze.
Ale nie pojechał, bo śnieg padał każdego dnia i nawet zwyczajne wyjście z domu do sklepu po świeże bułeczki było nie lada problemem.
Rodzice zaczęli poważnie zastanawiać się nad przeprowadzką w jakieś ciepłe miejsce, ale szybko okazało się, że pogoda wszędzie jest taka sama.
Tata zrezygnował z pracy, żeby zająć się codzienną walką z żywiołem, mama wzięła na siebie zarabianie pieniędzy, a Jaś powoli zaczynał zapominać, jak wygląda słońce.
Czasami zastanawiał się, czy ono w ogóle kiedykolwiek istniało, bo pamięć o nim po kawałku ulatywała z jego głowy.
Najgorsze jednak było to, że powoli nie było gdzie składować śniegu.
Wokół domu rosły białe góry usypane przez tatę, który teraz miał już prawdziwy, wielki pług.
***
Chłopiec dorósł, a jego rodzice zestarzeli się.
Potem ożenił się i założył rodzinę. Nadal mieszkał w domu, w którym się urodził.
Dzieci Jasia, do którego niektórzy zwracali się teraz „pan Jan”, pomagały mu oraz dziadkowi w sprzątaniu śniegu.
***
Tak mijał dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem.
Zawsze to samo: nocą metr śniegu, a za dnia jego sprzątanie.
Rankiem biały puch wydawał się ogromny, a za dnia uciekało z niego powietrze, jak z przebitego balonika.
***
Jaś stał się panem Janem.
Został dziadkiem, a potem pradziadkiem.
W walce ze śniegiem pomagały mu teraz dzieci, wnuki i prawnuki.
Przez te lata obok domu, w którym mieszkał, zdążyły urosnąć prawdziwe śnieżne, a właściwie lodowe góry.
Lodowe, bo warstwa śniegu po jakimś czasie zamieniała się w twardą jak beton taflę bieli.
Góry były tak wysokie, że trzeba było lornetki, żeby dojrzeć u ich szczytów maleńki skrawek szarego nieba.
Ktoś obliczył, że mogły mieć 3, a może nawet 4 kilometry wysokości.
To mniej więcej tyle, ile ma lodowa pokrywa Antarktydy w najgrubszym miejscu.
***
Pewnego dnia, kiedy Jan w obecności całej rodziny zdmuchiwał 97 świeczek na torcie, stało się to, czego nikt się nie spodziewał.
Nocą nie spadł ani jeden płatek śniegu.
Rankiem niebo pobłękitniało, a w południe na dom spłynął pierwszy od 94 lat promień słońca.
Jan był szczęśliwy jak nigdy w życiu.
Nie udało mu się co prawda pojechać nad morze, ale za to… morze przywędrowało do niego.
Lodowe góry były przecież pełne słodkiej wody!
Wokół domu Jana krył się prawdziwy, choć zamarznięty ocean.
Na szczęście główny bohater tej historii wiedział, jak znaleźć wyjście z tej sytuacji.
(koniec pierwszego odcinka)
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
„Mysikrólik, myszy i królik”
Nad miasto nasunęła się wielka chmura.
Zasłoniła słońce i usadowiła się zadowolona na samym środku nieba.
W jej puchatym wnętrzu smacznie spały miliony kropelek słodkiej wody.
Tylko jedna, najmniejsza z nich, chodziła zdenerwowana tam i z powrotem.
– Już lecimy? – pytała śpiących braci i siostry.
– Jeszcze nie… – odpowiadały krople przez sen.
– A kiedy?
– Powiemy ci.
– Dobrze… To już?
– Jeszcze nie
– A kiedy?
– Jeszcze czas.
– Ile?
– Trochę.
– A ile to jest trochę?
– Odrobinę i kawałek.
– Dobrze. A…
– Śpij już! – odpowiedziały chórem wszystkie krople.
***
Tymczasem 1473 metry niżej Emea, uczennica drugiej klasy, przysypiała w szkolnej ławce.
Spoglądała leniwym wzrokiem przez okno na miejsce, z którego zwykle startowały rakiety lecące w kosmos.
Dziś krzątało się tam sporo ludzi.
Dziewczynka obserwowała pojazd, który niedługo miał polecieć w górę, aż do gwiazd.
Zastanawiała się, do czego podobny jest wielki zbiornik paliwa, który leżał obok.
Zamknęła oczy i zatopiła się w myślach, a nauczycielka przyrody rozpoczęła lekcję:
– Dobrze, kochane dzieci, a teraz powiedzcie mi, do czego jest podobne to zwierzę? – zapytała nauczycielka, wyświetlając na ekranie ogromne zdjęcie.
– Proszę pani, a jak nazywa się to zwierzę? – zapytał chłopiec w niebieskich okularach.
– To jest mamut. – odpowiedziała nauczycielka.
– A to nie znam.
– Ja, ja, ja! – wyrywał się chłopiec z burzą rudych włosów na głowie.
– Tak? – zapytała nauczycielka.
– Ja chciałem powiedzieć, że też nie wiem.
– To może ty, Emeo? – nauczycielka wskazała palcem na dziewczynkę.
***
Emea nadal śledziła przygotowania do startu rakiety.
Nagle przypomniała sobie, skąd zna ten kształt zbiornika paliwa.
– Już wiem, to wygląda jak rozgotowana, pęknięta parówka!
Cała klasa wybuchnęła śmiechem, a Emea zaczerwieniła się.
– Oj, kochanie, widzę, że znowu bujasz w obłokach.
– Proszę pani, bo Emea mówi, że chce polecieć w kosmos.
– To bardzo piękne marzenie… – odparła nauczycielka – ale żeby je spełnić, trzeba się uczyć. Dużo uczyć.
***
W tej samej chwili pół kilometra od szkoły Emei, jej tata, czyli pan Tosieda, utknął w korku długim na 94 auta.
Jechał do domu swoim poobijanym samochodem.
Pojazd od dawna wymagał remontu, ale tata nigdy nie miał na to czasu.
Obok kierownicy, na zakurzonej, brązowej półeczce stała żółta gumowa kaczuszka z czerwonym dziobem.
Pan Tosieda rozmawiał z nią, kiedy miał jakiś problem do rozwiązania.
Wracał właśnie od weterynarza.
Zastanawiał się, co powiedzieć córce:
– „Emi, twój Puszek był bardzo chory…” – co o tym myślisz, kaczuszko?
Kaczka ani drgnęła.
– Masz rację, jak powiem Emei, że jej pies był chory, to zapyta, co mu było, a tego nawet weterynarz nie wiedział.
Kaczka nadal patrzyła się przed siebie błyszczącymi, czarnymi oczami.
– To może powiem tak: „Kochanie, czasami nasi przyjaciele odchodzą, psy, koty, rybki z akwarium…”? Nie, jak powiem, że odchodzą, to pójdzie go szukać.
Pan Tosieda smucił się, bo nie miał dobrych wiadomości dla swojej córki.
W dodatku w baku jego samochodu było prawie pusto, a do domu – jeszcze daleko.
***
11 kilometrów dalej mama Emei, czyli pani Tosieda, spacerowała nerwowo przed domem.
Czekała na powrót męża i córki.
Przeczuwała, że tego dnia wydarzy się coś ważnego.
Spojrzała w niebo.
Wystawiła palec do góry, żeby sprawdzić, skąd wieje wiatr.
Zauważyła, że ptaki zaczynają nerwowo przeskakiwać z gałęzi na gałąź.
***
1187 metrów wyżej ociężała chmura zaczynała powoli pękać w szwach.
Kropelka wody, która dopytywała „czy już”, zajęła dogodne miejsce do skoku.
Nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie poleci na ziemię.
– Już?
– Jeszcze nie.
– No to kiedy?
– Powiemy ci, kiedy.
– Kiedy powiecie „kiedy”?
– Kiedy przyjdzie pora…
– Czyli kiedy?
– Jak przyjdzie czas.
– To w końcu jak przyjdzie czas czy pora?
– Jak przyjdzie czas na pora – zażartowała koleżanka kropelki.
***
Kropelka czekała na sygnał do skoku.
Emea patrzyła tęsknie przez okno.
A tata w żółwim tempie jechał w stronę domu.
***
Pani Tosieda rozrysowywała w myślach pomysły na to, co może się zaraz wydarzyć.
Była w tym prawdziwą mistrzynią.
Wiele razy udało się jej przewidzieć, co się stanie.
Nie musiała oglądać prognozy pogody.
Wystarczyło jej, że wyszła wieczorem przed dom, popatrzyła na chmury, obejrzała dokładnie Księżyc, posłuchała ptaków, podotykała trawy i już wiedziała, czy rano potrzebny jej będzie parasol, okulary słoneczne czy łopata do odśnieżania.
***
W tej historii jest jeszcze dwóch bohaterów.
Ten dobry to Mysikrólik – zielonkawy ptaszek z żółtą plamką na głowie, który po szalonej ucieczce przed bandą wróbli schował się w blaszanej rynnie starego domu.
Ptaki od dawna chciały go przegonić z miasta.
Nie lubiły, kiedy opowiadał rzeczy, które nie mieściły im się w głowach. Był młody, słaby i chorowity.
Kiedy jednak otwierał dziobek, wtedy przemawiał jak ktoś, kto wie wszystko, a nawet więcej.
Dlatego zwierzęta co chwilę wykłócały się z nim o każde słowo:
– Ziemia jest okrągła, przypomina kulkę, tylko taką wielką, ogrooomną! – opowiadał z przejęciem
– Wcale że nie!
– A skąd wiesz?
– Kto ci to powiedział?
– Widziałem w jednej książce i rozmawiałem z ptakami, które latają tak wysoko, że niebo jest tam zakrzywione na krawędziach, a więc nasz świat musi być kulą, tylko tak dużą, że tego nie widzimy
Mysikrólik schronił się w rynnie pełnej suchych liści.
Przez chwilę wydawało mu się, że jest bezpieczny.
Z tego wszystkiego nie zauważył, że chmura, która zawisła nad miastem, urosła jeszcze bardziej.
Przypominała potężną, ciemnogranatową gąbkę, która jest tak nasączona wodą, że wystarczy, że dotknie jej nos komara, a wszystko nagle wybuchnie.
I nagle we wnętrzu tego mokrego świata rozległ się cichy pisk:
– Słuchajcie, dłużej tak nie wytrzymam… Lecę!
Kropelka wody ześlizgnęła się z chmury i poleciała prosto w stronę Ziemi.
Za nią ruszyła następna, a potem kolejne.
Sto, tysiąc, milion kropel deszczu zaczęły ścigać się, która z nich będzie pierwsza na mecie.
***
Emea zerwała się z krzesła.
Zauważyła, że rakieta odpaliła potężne silniki, z których wydobył się pomarańczowy błysk ognia, a zaraz potem nieskończone ilości błękitnoszarego kurzu.
Wybiegła z klasy i pognała w dół po schodach, do wyjścia.
***
W tym samym momencie mama Emei, która zbierała płatki różowych kwiatów potrzebnych do ziołowej mikstury, poczuła zapach palącego się papieru i drewna.
Obróciła się i zobaczyła, że spod drzwi warsztatu taty wypełza cienka smużka dymu.
Pobiegła do domu po telefon.
***
Pan Tosieda wcisnął zieloną słuchawkę w swoim starym smartfonie.
Mama próbowała na spokojnie wytłumaczyć, co się dzieje.
Nigdy nie traciła głowy, była niesamowicie opanowana:
– Kochanie, co tam u ciebie słychać? – zapytała mama.
– Nic, słucham radia – odparł pan Tosieda.
– I co mówią?
– Że będzie padać.
– A czy w swoim warsztacie masz jakieś cenne rzeczy czy tylko bałagan?
– Tam są różne różności, bardzo ważne! A dlaczego pytasz? Chcesz tam posprzątać?
– Chciałabym, ale nie mam klucza.
– Ja mam klucz.
– To niedobrze…
– Dlaczego niedobrze?
– A kiedy będziesz w domu?
– Na razie stoję w korku.
– To niedobrze.
– Dlaczego?
– A długi ten korek?
– Teraz to będzie jakieś 200 samochodów.
– A przed tobą?
– Nie widzę, ale też pewnie sporo.
– To niedobrze.
– Czy coś się stało?
– Właściwie to nic…
– Czyli jednak coś się stało?
– Widzę tylko dym wydobywający się spod drzwi twojego warsztatu.
– Co?
– Wezwałam już straż pożarną i zabezpieczyłam to, co mogłam. Uratowałabym sama twój warsztat, ale to twierdza nie do zdobycia: stalowe drzwi, pancerne szyby w oknach…
– Ale straż pożarna też stoi w korku…
– To niedobrze.
– Jadę!
– Zrób mi zdjęcie klucza do drzwi. Skopiuję go i wydrukuję w drukarce 3D.
– Jasne!
Pan Tosieda zrobił to, co prosiła go żona, rozejrzał się wokół i z piskiem opon zjechał z asfaltowej drogi na trawnik.
Skręcił do pustego parku, a potem na podmokłe łąki.
Gnał tak szybko, jak tylko mógł.
Błoto całymi strugami wypadało spod kół, lądując na wszystkich szybach.
Po chwili znowu wjechał na twardą drogę.
Był już blisko domu.
***
Gdzieś tam w górze Mysikrólik usłyszał „łapcie go, tam jest!”, obrócił się i dojrzał na horyzoncie stado wróbli, które chciało go dopaść.
Zerwał się na równe nogi, rozprostował skrzydła, machnął kilka razy i wystrzelił w górę, po czym dodał gazu i poleciał prosto przed siebie, na złamanie karku.
***
W stronę domu zmierzali teraz Emea, Jack i pan Tosieda.
Emea biegła, ledwie łapiąc oddech.
Nie chciała stracić rakiety z oczu, dlatego patrzyła cały czas w górę.
Jack uciekał przed gniewem ptaków, walcząc z podmuchami wiatru i spadającymi kroplami wody, które uderzały go po całym małym ciele.
A pan Tosieda, z tego wszystkiego zapomniał włączyć wycieraczek, dlatego jechał prawie na oślep.
***
Deszcz spadał z nieba coraz szybciej.
Emea próbowała omijać kałuże.
Jack opadał z sił.
Pan Tosieda ocierał pot z czoła.
W pewnej chwili usłyszał, jak coś uderza o przednią szybę.
Odwrócił głowę, żeby sprawdzić, co to było.
Nie zauważył, że w tej samej sekundzie Emea wbiega prosto pod koła jego samochodu.
W ostatnim momencie zahamował, ale jego córeczka potknęła się i przewróciła na ziemię…
(koniec pierwszego odcinka)
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
Którą z tych bajek chcesz czytać w następnych numerach miesięcznika?
Wyślij swoją opinię.
Za każdą już teraz bardzo dziękuję!
Użyj tego formularza:
Spis treści pierwszego numeru
📖 Zacznij od historii dla młodzieży
Zobacz pierwszy rozdział wojennej opowieści o 16-letnim szeregowcu Franku, najgorszym żołnierzu armii wroga.
To historia o tym, jak wiele można osiągnąć dzięki sprytowi, kreatywności i… dobremu sercu.
Kliknij tutaj
📖 Zobacz 3 bajki edukacyjne dla dzieci
1️⃣ Pajączki z górskiej łączki
Pewnego dnia grupa sympatycznych pajączków mieszkających na górskiej łące zakrada się do szkoły.
Robaczki uważnie słuchają lekcji, a potem wykorzystują informacje tam zdobyte do swoich celów. I tak dzień za dniem.
Ile czasu zajmie im zbudowanie nowej… cywilizacji?
Kliknij tutaj
2️⃣ O drzewach, które wszystko widziały
Pomysłowy ojciec pięcioraczków buduje urządzenie, dzięki któremu można odczytać wszystko, czego świadkiem było dowolne drzewo.
Jak cenna może być taka wiedza i dlaczego bardzo?
Kliknij tutaj
3️⃣ Wszystko przez ten zegar…
Kiedy Szymon przesuwał wskazówki najważniejszego zegara w miasteczku o godzinę do tyłu, nie wiedział, jak wiele jego żart zmieni w życiu innych ludzi.
Opowieść o tym, co może się wydarzyć, jeśli nagle ktoś podaruje Ci dodatkowe 60 minut.
Kliknij tutaj
✏️ Przerób 3 bajkowe lekcje online
1️⃣ Lekcja kreatywnego pisania
Pierwsze zadanie sprawi, że Twoje dziecko bez trudu napisze fragment bajki.
Kliknij tutaj
2️⃣ Lekcja czytania ze zrozumieniem
Wciągająca historia o psie Pstryku i kaczce Niekumaczce.
Do tego 2 zadania, które sprawdzą, czy Twoje dziecko jest naprawdę spostrzegawcze.
Kliknij tutaj
3️⃣ Lekcja ortografii
Tak kreatywnej lekcji ortografii Twoje dziecko jeszcze nie widziało.
Kliknij tutaj
📖 Oceń bajki, które czekają w kolejce
Przeczytaj te bajkowe historie i napisz, którą z nich powinienem kontynuować w kolejnych miesięcznika.
Kliknij tutaj
💡 Zainspiruj się
Co tydzień wysyłam newsletter edukacyjny dla rodziców.
Zbieram w nim wszystko to, co może zainspirować ludzi takich jak Ty.
Zobacz dotychczasowe wydania tego newslettera.
Kliknij tutaj
💡 Zainspiruj się jeszcze bardziej
Dołącz do grupy dla rodziców na Facebooku.
Publikuję tam posty, które można wykorzystać w edukacji domowej i nie tylko.
Kliknij tutaj
❤️ Spraw, żeby Twoje dziecko pokochało pisanie
Przeróbcie razem pierwszą z ponad 20 lekcji zajęć online z języka polskiego i kreatywnego pisania.
Zajęcia zbierają świetne recenzje. Adresowane są do dzieci w wieku od 8 do 16 lat.
Kliknij tutaj
🎁 Pobierz za darmo pierwszych 20 stron książki dla dzieci
Książka nosi tytuł O żółwiku, który miał na imię Tak.
Kliknij tutaj
🎁 Zapisz się na darmowy 5-dniowy kurs
pisania książek dla dzieci i młodzieży.
Kliknij tutaj
🎁 Przetestuj za darmo bardzo długą lekcję
kursu copywritingu i kreatywnego pisania.
Kliknij tutaj
💰 Prowadzisz firmę? Pomogę Ci znaleźć nowych klientów!
Jestem zawodowym copywriterem i storytellerem.
Od ponad 13 lat pomagam firmom zdobywać klientów.
Piszę teksty reklam, postów do mediów społecznościowych, artykuły sponsorowane, scenariusze spotów itd.
Pracuję dla dużych i małych. Obecnie wspieram np. markę pomelody.
Chcesz dowiedzieć się więcej? Napisz do mnie: