Opowieść wigilijna

 


 
Działo się to ponad dwa tysiące lat temu. Na wschodnich krańcach Cesarstwa Rzymskiego, gdzieś w zaroślach, które lubiły moczyć swoje korzonki w wodach leniwie płynącej rzeki i wystawiać swoje listki twarzą do słońca, żył sobie młody żółw. Miał na imię Owszem. Właśnie tak, nie inaczej. Nie: Tak (jak jego żyjący ponad dwa tysiące lat później potomek), Jasne, Pewnie, Sie-wie-panie-kierowniku, tylko grzecznie i z klasą: Owszem.
 
Żółw o imieniu Owszem od zawsze był niezwykle kulturalny i rzadko na cokolwiek się skarżył. Niemal wszystko, co na co dzień go spotykało, odbierał ze stoickim spokojem. Wszyscy w jego rodzinie żyli co najmniej 150 lat, dlatego mądry gad wiedział, że najlepszym lekarstwem na każde zmartwienie jest czas. „Wystarczy trochę poczekać, a wszystko się ułoży” – mówił tak, kiedy wpadał w kolejne tarapaty albo kiedy sprawy nie do końca szły po jego myśli.
 
Nie protestował więc też wtedy, kiedy wydarzyło się to, o czym opowiem ci za chwilę. Ale zacznijmy od początku. Któregoś dnia Owszem przypadkiem dowiedział się, że do jego krainy zmierza karawana wielbłądów. Tym razem jednak nie są to kupcy, tylko jacyś mędrcy czy ktoś w tym rodzaju. W dodatku ich celem podróży jest miejsce, w którym na świat ma przyjść wielki król, największy ze wszystkich.
 
Żółw dowiedział się o tym przypadkiem, kiedy wędrowcy akurat odpoczywali w pustynnej oazie leżącej nieopodal jego rodzinnych zarośli. Okazało się, że nie mieli przy sobie żadnej mapy, a ich jedynym przewodnikiem było jasne światło migoczące na nocnym niebie i zapisane w starych księgach słowa jakichś proroków.
 
Owszem nie musiał długo się zastanawiać. Od razu postanowił wybrać się w podróż, żeby poznać tajemnicze dziecko, które za jakiś czas będzie rządziło światem. Żółw wiedział, że jeśli pójdzie po śladach karawany, to dotrze na miejsce o wiele za późno. Nie znał też zbyt dobrze języka wielbłądziego, więc nie mógł poprosić garbatych stworzeń o podwózkę. Dlatego pomyślał chwilę, zrobił kilka obliczeń w głowie, kilka rozrysował na piasku i zaraz potem poszedł (sobie tylko znanym) skrótem.
 
Następnego wieczora, kiedy zrobiło się już naprawdę ciemno, Owszem dotarł do Betlejem. Pod jedną z tamtejszych grot kłębił się tłum pasterzy. Żółw przecisnął się jakoś do środka, ale nadal nie widział, co się dzieje. Nagle ktoś wziął go do ręki, podniósł w górę, roześmiał się, po czym wcisnął pod drewniane deski, które pełniły w tym „mieszkaniu” rolę okiennicy.
 
Biedny zwierzak nie miał pojęcia, dlaczego ten człowiek tak zrobił. Podejrzewał, że dlatego, że do środka docierał już nieprzyjemny chłód nocy, który mógłby zaszkodzić maleństwu, więc wpadł na pomysł, żeby zamknąć okiennice i podeprzeć je żółwiem, dla większej pewności.
 
Jedno było pewne: od teraz Owszem nie mógł się ruszyć. Jego skorupa zaklinowała się między twardą skałą betlejemskiej groty a równie twardym kawałkiem drewna. Co gorsza, był unieruchomiony tak niefortunnie, że choć próbował wyginać szyję aż do bólu, to w żaden sposób nie mógł zobaczyć nowo narodzonego króla. Jedyne, na co mógł zerkać, to na twarze przybyłych gości. Widział tych ludzi, kiedy stali przed grotą w oczekiwaniu na swoją kolej – i kiedy już do niej wchodzili.
 
Choć nie był zbytnio zadowolony ze swojego położenia, to wiedział jedno: cokolwiek się dzieje, nie powinien się tym martwić, tylko na spokojnie to przemyśleć. Zresztą, był przyzwyczajony do tego, że raz po raz zdarzają mu się dziwne sytuacje. Wierzył, że w każdym położeniu może kryć się coś dobrego, coś korzystnego, z czego można wyciągnąć jakąś naukę albo inne profity.
 
Na twarzach pasterzy, którzy dopiero zbliżali się do groty, widać było jedynie zaciekawienie. Mężczyźni spodziewali się zobaczyć coś, co rozświetli mroki ich codziennego, monotonnego, ciężkiego i nierzadko niebezpiecznego życia pod rzymską niewolą.
 
Kiedy jednak docierali do celu, kiedy przekraczali nieistniejący próg groty i ich oczom ukazywał się maleńki chłopiec, którym opiekowała się młoda kobieta i nieco starszy od niej mężczyzna, wówczas na ich twarze wstępowały wszystkie odcienie zdumienia, zachwytu, radości, nadziei i szczęścia.
 
Choć pewnie niewiele z tego rozumieli, to czuli, że dotykają jakiejś wielkiej tajemnicy, a ich brudne stopy stoją w przedsionku nieba. Właśnie oni: zmęczeni, biedni, niezbyt świeżo pachnący, pogardzani przez innych – byli tu świadkami czegoś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył ani jeden mieszkaniec żadnego ziemskiego pałacu.
 
Żółw patrzył na to oniemiałym wzrokiem. Pierwszy raz obserwował tak radykalną poprawę czyjegoś nastroju. Kiedy pasterze opuścili wreszcie grotę, po pewnym czasie do małego króla przybyli ci sami mędrcy, których Owszem nie tak dawno podsłuchiwał w pustynnej oazie. Mędrcy widzieli w swoim życiu prawie wszystko, więc trudno było ich czymkolwiek zaskoczyć. A jednak, kiedy tylko weszli tam, gdzie normalnie mieszkały gospodarskie zwierzęta, momentalnie padli na kolana i pokłonili się niemowlęciu śpiącemu w żłobie.
 
Jakiś czas później jeden z wysoko wykształconych gości kątem oka zauważył żółwia, który machając łapkami we wszystkie strony, próbował wydostać się z pułapki. Owszem był co prawda wyjątkowo cierpliwym zwierzęciem, ale nawet on w końcu zaczynał się niepokoić, kiedy sprawy zachodziły za daleko.
 
Uwalniając go, mędrzec ze wschodu powiedział sam do siebie: Ech, żółwiku, żółwiku… jaka szkoda, że tego nie widziałeś. To było… niesamowite! Żaden z nas się tego nie spodziewał, choć przecież naszym jedynym zajęciem jest właśnie to: obserwowanie natury, studiowanie jej zasad i przewidywanie zdarzeń…
 
Nic nie szkodzi – odpowiedział Owszem po żółwiowemu i ze swoim wrodzonym spokojem. – Nie widziałam zbyt wiele, ale widziałem wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, co od tej pory chciałbym w życiu robić. A chciałbym robić tylko dwie rzeczy: opowiadać wszystkim o tym, co tu zobaczyłem i sprawiać, żeby każdy, kogo kiedykolwiek spotkam na swojej drodze, był choć w ułamku tak szczęśliwy jak ci, którzy w tych dniach odwiedzili tę grotę cudów.