Przeczytaj początek historii o drzewach, które wszystko widziały:

Mieli wszystko, choć nie mieli prawie nic.
Jak to możliwe? Nie mieli niczego, czego można byłoby im zazdrościć.
Bo czy można zazdrościć komuś samochodu, który jest tak wiekowy, że pokrywająca go rdza dawno zdążyła umrzeć ze starości? Albo domu, w którym dzień po zakończeniu remontu zaczynał się kolejny, a potem następny i tak bez końca? Albo tego, że wiosną i latem trzeba wstawać o świcie, żeby wyrywać chwasty pleniące się w ogrodzie, bo inaczej warzywa nie urosną i nie będzie czego do garnka włożyć?
***
Nie mieli niczego, czego można byłoby im zazdrościć.
Niczego, poza jednym. Poza tym, co najważniejsze. Poza tym, czego każdy człowiek potrzebuje do życia.
Mieli siebie.
Na niego mówili Tatko, na nią – Mateczka. Tatko i Mateczka byli rodzicami pięcioraczków: Oleńki, Uleczki, Alusi, Antosia i Leosia.
Ich ukochane dzieci przyszły na świat siedem lat temu. Co roku tego samego dnia obchodziły urodziny. Tego pięknego dnia pięć razy śpiewano im sto lat, pięć razy składano życzenia i pięć razy każde z nich dziwiło się, dlaczego dostało taki prezent, jaki dostało.
Bo ich rodzice byli wyjątkowo pomysłowi.
***
Jedni mówili, że ludzie ci nie mieli prawie niczego. Inni, że mieli niemal wszystko. To pewnie dlatego ich dom przyciągał jak magnes.
Przyciągał babcie, dziadków, wujków, ciocie, kuzynów i kuzynki.
Przyciągał bliskich bliskich, krewnych krewnych i znajomych znajomych, a czasem nawet turystów, którzy przemierzając okoliczne lasy, poczuli nagle zapach specjałów przyrządzanych przez Mateczkę i koniecznie chcieli sprawdzić, skąd ten niebiański aromat może pochodzić.
Ich dom przyciągał wreszcie okoliczne zwierzęta, które w ich ogrodzie czuły się bezpiecznie jak nigdzie indziej.
To dlatego ciągnęły tam muzykalne świerszcze i utalentowane rytmiczne dzięcioły, leśne kuny i podziemne krety, płochliwe sarny i superszybkie zające, kolorowe motyle i szare wróble.
Każde stworzenie wiedziało, że w tym miejscu na ziemi nie tylko nikt nie zrobi im żadnej krzywdy, ale że znajdzie tam też coś smacznego do jedzenia.
Dom pięcioraczków był więc taką oazą, do której każdy chciał się dostać, żeby choć przez chwilę ogrzać się ciepłem emanującym z tej niezwykłej rodziny.
***
Tatko i Mateczka mieli małe gospodarstwo, w którym uprawiali przeróżne rośliny: od marchewki, pietruszki, buraków, porów i selerów, przez ziemniaki, pomidory i paprykę, aż po warzywa, których nazw nie znano nawet w miejscowym sklepie.
Jednak ich największą dumą była pasieka składająca się z kilkudziesięciu uli. To właśnie dzięki miodowi produkowanemu przez pszczoły, mieli pieniądze.
Nie było tego wiele, ale wystarczało na szczęśliwe, choć skromne życie.
***
Wieczorami Tatko siadał przy swoim biurku i rozrysowywał pomysły, które przez cały dzień przychodziły mu do głowy. Większość z nich okazywała się potem niewiele warta, ale Mateczka nieustannie go wspierała.
Mówiła mu, żeby się nie poddawał. I Tatko jej słuchał. Gorąco wierzył w to, że pewnego dnia wymyśli coś, co przyniesie jego rodzinie prawdziwą fortunę.
***
Pewnego dnia stało się coś, co odmieniło ich życie na zawsze.
Wszystko zaczęło się rano, kiedy Tatko jak zwykle poszedł do pasieki, żeby obejrzeć, czy z ulami jest wszystko w porządku.
Okazało się, że nocą do ich ogrodu włamał się jakiś zły człowiek i jeden po drugim zniszczył pszczele domy. Wszystkie, co do jednego.
Co gorsza, owady… zniknęły. Nie uciekły na pobliskie drzewa, jak to pszczele roje mają w zwyczaju. One zniknęły zupełnie. W powietrzu nie było słychać brzęczenia ani jednej pary pracowitych skrzydełek.
Tatko nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Zdenerwowany pobiegł do domu i opowiedział o tym, co zastał w pasiece.
– Kochanie, i co my teraz zrobimy? – zapytała go Mateczka, z trudem powstrzymując łzy.
– Nie wiem, ale na pewno coś wymyślę! – odpowiedział jej mąż.
– Jak ktoś mógł nam to zrobić? Przecież nikomu nie zrobiliśmy nic złego!
– Nie rozumiem, dlaczego żaden pies nie zaszczekał i nie ostrzegł nas… Przecież ten złodziej musiał tu być przez dłuższy czas. Przecież pszczół nie porwali Marsjanie…
***
Tatko i Mateczka długo nie mogli dojść do siebie.
Co prawda w spiżarni mieli jeszcze trochę miodu z zeszłego roku, ale taki zapas mógł wystarczyć im najwyżej na miesiąc. W jedną noc stracili jedyne źródło utrzymania. A na odbudowę pasieki nie mieli pieniędzy.
Nad ich dom napłynęły czarne chmury…
***
Miesiąc później w domu Tatka, Mateczki i pięcioraczków zjawiła się ciocia Małgorzata.
Wszyscy mówili na nią Cioteczka Małgosia albo po prostu: Cioteczka. Kobieta jak zwykle przyjechała do nich swoim czerwonym skuterem, który z tyłu, za siedzeniem, miał przymocowany duży, czarny kufer.
W środku było tyle słoików z przetworami, ile tylko można było tam zmieścić.
Cioteczka była starszą siostrą Mateczki. Nigdy nie wyszła za mąż. Nie znalazła odpowiedniego mężczyzny, choć bardzo pragnęła założyć rodzinę.
Na szczęście nie traciła czasu na zbyt długie zamartwianie się tym. Kiedy tylko na świecie pojawiły się pięcioraczki, postanowiła zacząć pomagać swojej siostrze. I robiła to na różne sposoby.
Raz w miesiącu przyjeżdżała skuterem i przywoziła całe kilogramy smakołyków własnej roboty. Tym razem, oprócz słoików z dżemami, kompotami i innymi frykasami, przyjechała z podwójną porcją humoru i wsparcia, którego wszyscy teraz tak bardzo potrzebowali.
***
Cioteczka zawołała dzieci do jadalni i poprosiła, żeby usiadły razem z nią przy stole.
– Więc mówicie, że miesiąc temu ktoś zniszczył pasiekę i ukradł pszczoły, tak?
– Tak – odpowiedziała Oleńka.
– I co było dalej?
– Tak po kolei? To było tak, że tego dnia, kiedy ktoś to zrobił, to mieliśmy zakończenie szkoły, to znaczy zerówki – zaczęła Uleczka.
– I poszliście do szkoły?
– Tak, poszliśmy z mamą i było super, bo dostaliśmy fajne nagrody! – zawołał Antoś.
– I co wydarzyło się potem?
– Potem wróciliśmy do domu, zaczęły się wakacje i… – wtrąciła Alusia.
– Zapomniałaś o kolacji – zwróciła uwagę Oleńka.
– Co się stało na kolacji?
– Zastanawialiśmy się, gdzie w tym roku pojedziemy na wakacje i tata powiedział, że chyba raczej nigdzie, bo nie mamy pieniędzy… – westchnął Leoś.
– A potem?
– Potem Leon zaczął zadawać te swoje pytania – odpowiedział Antoś.
– A o co wtedy zapytałeś?
– O to, dlaczego na naszym drewnianym stole są takie różne kreski. Nie wiem, co było w tym pytaniu, ale tata najpierw nic nie odpowiedział, a potem nagle wstał i pobiegł do swojej pracowni, znaczy się do garażu. I długo stamtąd nie wychodził. Potem wrócił i powiedział, że musiał coś sprawdzić i gdzieś zadzwonić.
– A wiesz, czym są te kreski na drewnianym stole?
– Teraz wiem. To są słoiki.
– Nie słoiki, tylko słoje – poprawiła go jedna z sióstr.
– I te słoje tak wystraszyły waszego tatę? – roześmiała się Cioteczka.
– Nie, nie wystraszyły – odpowiedział Leoś – On przez te słoje wpadł na pomysł. Bo słoje, czyli te takie krzywe kreski, oznaczają każdy rok z życia drzewa. W każdym słoju jest zapisana informacja o tym, jaka była wiosna, jakie było lato, jesień i zima. I tata wpadł na pomysł, żeby…
– … nauczyć się to odczytywać i zostać człowiekiem, który pomaga archeologom czy jakimś naukowcom coś tam robić – dodał nagle Antoś – Ale ja miałem lepszy pomysł! Jak tata wrócił do nas, to zapytałem go, czy dałoby się zbudować taką maszynę, która potrafiłaby odczytać wszystkie informacje z tych słojów. Tata powiedział, że ma takiego znajomego, który umiałby coś takiego zrobić.
– I co stało się później?
– Tak po kolei, to tata znowu poszedł zadzwonić, a mama zaczęła nam opowiadać o tym, jak drzewa ze sobą rozmawiają – wyjaśniła dokładna jak zwykle Uleczka.
– To drzewa rozmawiają ze sobą? – zdziwiła się Cioteczka.
– Tak, robią to przez korzenie i chyba przez zapach, powietrze, czy jakoś tak…
– O, nie wiedziałam. A co stało się potem?
– Potem tata wrócił znowu do nas i powiedział, że ten jego znajomy nie ma teraz czasu, bo pomaga budować komuś jakąś rakietę, ale może przesłać tacie plany urządzenia do czytania wiadomości z drzew.
– Chcecie powiedzieć, że Tatko wziął te plany i sam zbudował taką maszynę?
– No… tata jest naprawdę zdolny. Zna się na elektronice. Ta maszyna jest całkiem mała, wygląda jak aparat fotograficzny z wystającym obiektywem, a z tyłu ma ekranik. I jak tata ją zbudował, to od razu poszliśmy ją wypróbować.
– Jak?
– Zginęła nam najlepsza piłka do grania w siatkę i nie mogliśmy jej znaleźć, więc powiedzieliśmy tacie, żeby zapytał któregoś drzewa, czy wie, gdzie ta piłka może być. I… to było suuuper! – nakręcił się Antoś.
– Żartujecie…? – Cioteczka aż krzyknęła, choć akurat ją ciężko było czymś zaskoczyć. W swoim życiu przeczytała mnóstwo książek i wiedziała więcej niż inne kobiety w jej wieku. – Podeszliście do drzewa i co?
– Pierwsze drzewo w ogóle nie wiedziało, co to jest piłka. Drugie nie wiedziało, co to jest siatka. A trzecie – co to znaczy grać! – odpowiedział ze śmiechem Antoś.
– Czyli odczytaliście mowę drzew?
– Nie, po prostu na ekranie nie wyskoczyło nic, zero. Ale na szczęście czwarte drzewo, to, które rośnie najbliżej naszego boiska do siatkówki, miało informacje o piłce!
– Nie rozumiem. Jak ta maszyna to zrobiła?
– Tata też do końca tego nie wie – odpowiedziała Alusia – Mówił, że każde drzewo prowadzi taki pamiętnik. Zapisuje w swoich komórkach różne rzeczy. Okazało się, że ta maszyna potrafi działać cuda!
– Jakie?
– Na ekranie wyświetliło się, że dziewiątego dnia lata, pod wieczór, kiedy słońce schowało się za górami, to od północnej strony pień drzewa dotknęło coś miękkiego. To coś dotknęło pień z siłą lekkiego wiatru, potem przesunęło się po korze i po chwili zniknęło. I tym czymś była właśnie nasza piłka. Kiedy tata to zobaczył, to od razu zawołał mamę. Mama wpisała te informacje do komputera, a komputer obliczył siłę nacisku piłki na pień i kąt, pod jakim piłka się od niego odbiła. I w ten sposób dowiedzieliśmy się, gdzie piłka mogła wylądować.
– I gdzie wylądowała?
– Tam, gdzie w ogóle jej nie szukaliśmy.
– Niesamowite… niesamowite…
– Niesamowite było to, co stało się później. Tata już miał dzwonić do różnych naukowców, kiedy Antoś powiedział mu, żeby zaczekał, bo ma lepszy pomysł.
– No…! Powiedziałem tacie, że jak dołączy do archeologów, to będzie musiał z nimi jeździć po całym świecie i przez to nie będzie go w ogóle z nami w domu.
– A wiesz, że o tym nie pomyślałam? Brawo, chłopcze! – krzyknęła zachwycona Cioteczka.
– Dlatego powiedziałem mu, że z takim urządzeniem mógłby zostać najlepszym detektywem w okolicy, a nawet o wiele dalej! I że moglibyśmy jeździć razem z nim i mu pomagać.
– I co Tatko na to?
– Najpierw nie chciał, ale potem się zgodził.
– To kiedy zaczyna swoją nową pracę?
– Od jutra!
– Czyli jutro wasze życie się zmieni?
– I to jak! – wykrzyknęły razem wszystkie dzieci.
Koniec części pierwszej
© Maciej Wojtas | Media Wojtas
Ciekawostka:
Chcesz nauczyć się odczytywać informacje zapisane w drewnie?
Każde drzewo w Polsce wytwarza co roku dwa tzw. słoje, czyli okręgi widoczne na tym zdjęciu:

Najstarsze słoje znajdują się w centrum. Najnowsze – na zewnątrz.
Wiosną i wczesnym latem wytwarza słój jaśniejszy i grubszy, a późnym latem i jesienią – słój ciemniejszy i cieńszy.
Jeśli drzewo ma dużo wody i słońca, wtedy ma idealne warunki do rozwoju i słoje są szersze.
Kiedy rok jest bardziej suchy albo jest chłodniej, wtedy drzewo ma utrudniony wzrost i to widać w słojach.
Ale czasami w słojach widać coś naprawdę dziwnego. Coś niepasującego do reszty. Może to być ślad po pożarze albo atakach szkodników.
A to zaledwie mała część tego, co można odczytać, patrząc na słoje drewna!
Wykonaj zadania:
Odważysz się wskoczyć na wyższy poziom? 🙂
Przetestuj ZA DARMO pierwszą lekcję zajęć online z języka polskiego i kreatywnego pisania.
Zajęcia zbierają świetne recenzje. Adresowane są do dzieci w wieku od 8 do 16 lat.
Kliknij tutaj
© Maciej Wojtas | Media Wojtas