Od autora:
Serdecznie zapraszam Cię do lektury drugiego numeru miesięcznika Wojtas Academy.
W drugim numerze historie zaczynają nabierać tempa.
Ważne: na końcu każdej bajki znajdują się lekcje i zadania dla dzieci oraz dla rodziców.
Miłego czytania!
Maciej Wojtas, autor bajek i pomysłodawca projektu Wojtas Academy
1. „O żółwiku, który miał na imię Tak”
Wiek: dla dzieci 3+
Temat: rozwijanie wyobraźni
Idea przewodnia: mały krok w dobrą stronę może mieć wielkie konsekwencje
Mam na imię Tak i jestem żółwiem. Znajome mrówki mówią, że jestem ogromny. Gawrony latające nad naszym miasteczkiem, że jestem maleńki. A jaki jestem naprawdę? Taki jak ty: w sam raz!
W POPRZEDNIM ODCINKU:
Żółwik Tak po raz pierwszy wybrał się do przedszkola.
Przy okazji porozmawiał z groźnym psem, który codziennie straszył Stasia.
Od tej pory pies miał nie szczekać, widząc chłopca.
Wieczorem do Taka przyszła mama Stasia.
Żółwik postanowił zrobić jej niespodziankę i opowiedzieć o tym, co śniło mu się ubiegłej nocy.
Oto ten sen:
BAJKA
Śniło mi się dzisiaj, mamo, że był pierwszy dzień wakacji.
Wstałem rano i powiedziałem ci, że chciałbym, żeby ten dzień był zupełnie wyjątkowy.
Nic nie odpowiedziałaś, tylko uśmiechnęłaś się do mnie.
Kiedy zasiadłem do śniadania, na stole pojawiły się moje ulubione smakołyki: najsmaczniejsze potrawy do jedzenia i najpyszniejsze napoje do picia.
To była prawdziwa uczta!
Godzinę później zawołał mnie tata:
– Żółwiku! Taku! Tak! Jedziemy do wesołego miasteczka!
Wesołe miasteczko? Nie trzeba było mnie dwa razy prosić.
Szybko, oczywiście jak na żółwia, wskoczyłem do samochodu, bo nie chciałem zmarnować ani jednej chwili.
Wreszcie przyjechaliśmy na miejsce.
Wszędzie było pełno dzieci.
Dziwne… Też miały tego dnia urodziny?
A wesołe miasteczko było naprawdę wesołe!
Karuzele, zjeżdżalnie, huśtawki, samochodziki, pałace strachu, gabinety śmiechu, strzelnice, wata cukrowa, muzyka, ludzie przebrani za różne bajkowe postacie…
Zacząłem zaliczać jedną atrakcję za drugą.
Schodziłem z karuzeli i choć kręciło mi się w głowie, od razu biegłem na dmuchaną zjeżdżalnię.
Potem na jedną huśtawkę, drugą i trzecią.
Robiłem chwilę przerwy, żeby odsapnąć i już byłem na torze, na którym ścigały się małe samochody.
Czułem się tam jak prawdziwy mistrz kierownicy.
Albo jak najszybszy żółw na świecie!
Ledwo dojechałem do mety, kiedy tata zabrał mnie do gabinetu śmiechu.
Pomyślałem, że w tym gabinecie siedzi pewnie jakiś lekarz, który leczy dzieci, które nie chcą się śmiać.
Okazało się, że w środku były dzieci ze swoimi rodzicami.
Szkoda, mamo, że nie widziałaś, jak wyglądałem w tych wszystkich lustrach!
W pierwszym miałem wielką głowę i maleńką skorupę.
W drugim moje nogi były długie jak u żyrafy.
A w trzecim były potężne jak u słonia.
– Wracamy na obiad – oznajmił w pewnym momencie tata.
– Ale tato… przecież nie byliśmy jeszcze tam i tam… – zacząłem się żalić, pokazując łapką wielką piaskownicę i górską kolejkę.
– Spokojnie, nadrobimy to później. Teraz będzie coś lepszego – dodał po chwili, dziwnie do mnie mrugając. Pomyślałem wtedy, że pewnie jakiś robaczek wpadł mu do oka, ale potem okazało się, że mrugał z innego powodu.
Tata miał rację. Potem naprawdę było coś lepszego.
Jakiś czas później wisiałem już nad przepaścią, przechodząc po linie rozwieszonej między drzewami.
Byliśmy w takim parku, który zbudowano dla odważnych dzieci.
Normalnie boję się wysokości i ze strachu zamykam wtedy oczy, ale w tym śnie nie bałem się niczego!
– Taku, teraz jedziemy do kina! – zawołał nagle tata.
– Do kina? Na film? – zdziwiłem się.
Nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę.
Nigdy nie przeżyłem takiego dnia, tylu atrakcji równocześnie.
To były najlepsze urodziny w moim życiu!
Nie wiedziałem tylko, że to jeszcze nie koniec niespodzianek.
Kilka godzin później, wieczorem, wróciliśmy do domu.
Byliśmy cali i zdrowi, ale bardzo, ale to bardzo zmęczeni.
Wchodzę do swojego pokoju, szukam mojego domku, żeby wejść do niego i odpocząć, a tam… wszystko wystrojone tak jak na urodziny, tylko o wiele bardziej.
Pomyślałem, że pewnie pomyliłem drzwi i jestem w pokoju Stasia, ale przecież on ma urodziny dopiero jesienią, prawda, mamo?
Jakby tego było mało, pod jedną ścianą leżała cała góra prezentów.
Wszystkie czekały na mnie!
Rozpakowując jedną z paczek, przyszła mi do głowy taka myśl, że chciałbym, że taki dzień był codziennie.
Następnego dnia, o świcie, do mojego żółwiego nosa zaczęły dolatywać cudownie brzmiące zapachy.
– Mmm… ależ to musi być dobre… – mówiłem sam do siebie, przytulając się do poduszki.
Wszedłem do jadalni, a tam… takie same smakołyki jak wczoraj!
Takie same, ale było ich dużo więcej niż ostatnio.
I były jeszcze smaczniejsze!
Chwilę później, nie wiadomo skąd, pojawił się roześmiany tata i poklepał mnie po głowie.
– Jak tam, mój Taku? Gotowy na kolejną wyprawę? – zapytał wesoło.
– Tak, tak! – odpowiedziałem, podskakując radośnie.
Pojechaliśmy znowu do tego samego wesołego miasteczka, a potem wróciliśmy do domu na obiad.
Następnie zaliczyliśmy ten sam park linowy i na koniec wylądowaliśmy w tym samym kinie, ale na innym filmie.
Wieczorem odbyło się jeszcze małe przyjęcie, ale wcześniej musiałem odpakować całą stertę prezentów. Jeszcze większą niż wczoraj.
To było naprawdę męczące.
Wyobraź sobie mamo, że masz żółwie łapki i musisz otworzyć tyle pudełek z zabawkami.
Uff…
Kolejnego dnia, kiedy leżałem jeszcze w łóżku, z kuchni zaczęły docierać do mojego noska nieziemskie zapachy.
Nie byłem wcale głodny, ale z ciekawości poszedłem zobaczyć, co tym razem będzie na śniadanie.
A tam znowu królewska uczta: smakołyki, przysmaki i różne frykasy.
Potem znowu było wesołe miasteczko, park linowy, kino i przyjęcie.
I tak w kółko.
Dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem.
Od rana do wieczora, od poniedziałku do niedzieli, od stycznia do grudnia.
Wyobrażasz to sobie, mamo?
Minął rok.
Jeden długi rok.
Któregoś poranka postanowiłem nie wstawać z łóżka.
Miałem już serdecznie dość tych wszystkich atrakcji.
Nic mnie już nie cieszyło, nic mi nie smakowało.
Żaden film mnie nie ciekawił, żaden prezent nie sprawiał przyjemności.
To było straszne.
Miałem wszystko, o czym może marzyć dziecko takie jak ja, a nie mogłem już na to patrzeć.
Ale najgorsze było to, że o czymkolwiek przyjemnym pomyślałem, to od razu się to spełniało.
Tort waniliowy pokryty warstwą lodów miętowych posypanych czekoladą?
Pstryk – i od razu taki tort pojawiał się na stole.
Najnowsza seria klocków dla żółwi?
Pstryk – i już czekały na mnie w kąciku z zabawkami.
18-kołowa ciężarówka z dołączoną drabiną strażacką, policyjną syreną, polewaczką do mycia ulic, koparką, spycharką wyciągarką i wyrzutnią sztucznych ogni?
Pstryk – i samochód, jakiego nie ma żadne dziecko na świecie – lądował w moim pokoju.
Na nic nie musiałem czekać dłużej niż ułamek sekundy.
Nic dziwnego, że nasz dom powoli zaczynał pękać w szwach.
Wydawało się, że to się nigdy nie skończy…
Któregoś dnia weszłaś do mojego pokoju, a po chwili zjawił się tam tata.
Zadzwoniłaś do lekarza. Pół godziny później przybył jakiś nieznajomy doktor.
Zaczął mnie badać.
– Otwórz buzię, pokaż język, powiedz aaaa…
– Aaaa… – powiedziałem, prawie ziewając.
– Cóż, myślę, że żółwik jest zupełnie zdrowy – oświadczył lekarz.
Po chwili odwrócił się w moją stronę i zapytał:
– Zapomniałem: jak się nazywasz, chłopcze?
– Niewiem – odpowiedziałem cicho.
– Nie wiesz, jak się nazywasz?
– Tak…
– Oj, chyba jednak coś ci dolega… – zmartwił się doktor.
– Jak woła cię mama?
– Tak.
– A tata?
– Też Tak.
– A dziadek?
– Niewiem.
Lekarz zamyślił się.
Potem powiedział, że musi zapytać kogoś mądrzejszego od siebie, co może mi być.
Pożegnał się i wyszedł.
Następnego ranka byłem pewien, że z kuchni znowu będą dolatywać cudowne zapachy.
Ale tym razem było inaczej.
Pociągnąłem noskiem i poczułem, że… niczego nie czuję!
Pobiegłem do jadalni.
Na stole leżały zwykłe kanapki, a w szklankach czekała na mnie najzwyczajniejsza herbata.
Wyglądała jak herbata, pachniała jak herbata i smakowała jak herbata.
Po śniadaniu podreptałem do taty:
– Tato, jedziemy dziś do wesołego miasteczka?
– Wiesz, muszę coś teraz ważnego załatwić – odpowiedział z żalem w głosie.
– A wybierzemy się potem do parku linowego?
– Po południu mama idzie do fryzjera, więc…
– A może kino, wieczorem, jak zwykle?
– Wieczorem…? Wtedy muszę iść do mechanika, odebrać samochód z naprawy…
– No to może chociaż małe przyjęcie dla moich kolegów z przedszkola?
– Nie bardzo, bo jak wrócę od mechanika, to muszę zacząć remont twojego pokoju, żółwiku… Będziesz musiał trochę zaczekać na to wszystko. Na kino, na wesołe miasteczko, przyjęcie…
– Wspaniale! Hurra! Fantastycznie! – wykrzyknąłem, podskakując na moich krótkich nóżkach.
Tata zupełnie nie rozumiał, z czego tak się cieszę.
Nie wiedział, że to był mój najlepszy dzień.
Od dawna.
Jak myślisz, dlaczego? 🙂
(koniec)
W KOLEJNYM ODCINKU:
Akcja następnego snu dzieje się w przedszkolu.
Żółwik Tak pokazuje kolegom swój zegarek.
Koledzy zaczynają się śmiać.
Śmieją się i z zegarka, i z żółwika.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
LEKCJA DLA DZIECKA:
Jeden mały krok może mieć wielkie konsekwencje.
Czasami wystarczy zmienić tylko jedno słowo, żeby bajka potoczyła się w zupełnie inną stronę.
Na przykład w tym zdaniu:
Najgorsze było to, że o czymkolwiek przyjemnym pomyślałem, od razu się to spełniało.
słowo „spełniało” można zmienić na „znikało”.
Co się wówczas stanie?
Zobacz:
Najgorsze było to, że o czymkolwiek przyjemnym pomyślałem, od razu znikało.
Tort waniliowy pokryty warstwą lodów miętowych?
Pstryk – i od razu znikał z mojego stołu.
Najnowsza seria klocków dla żółwi?
Pstryk – i już ich nie było w kąciku z zabawkami.
Ciężarówka z dołączoną drabiną strażacką, policyjną syreną, polewaczką do mycia ulic i koparką?
Pstryk – i samochód, jakiego nie ma nikt na świecie – raz na zawsze znikał z mojego pokoju.
Taka bajka byłaby wyjątkowo smutna, prawda?
ZADANIE DLA DZIECKA:
Mały krok w dobrą stronę może mieć wielkie konsekwencje.
Wystarczy robić jedną, tę samą, małą rzecz dziennie.
Oto przykład.
Żółwikowi śniło się, że mógł mieć wszystko, co tylko sobie wymyśli.
Czy wiesz, że Ty też tak możesz robić?
Możesz narysować wszystko, co tylko przyjdzie Ci do głowy!
Na przykład zabawkowy samochód, jakiego nie ma nikt na świecie.
W bajce o żółwiku była to ciężarówka z dołączoną drabiną strażacką, policyjną syreną, polewaczką do mycia ulic, koparką i paroma innymi rzeczami.
Narysuj dziś taką swoją wymarzoną zabawkę!
To nie musi być samochód.
Wymyśl, co tylko chcesz.
A jutro narysuj tę zabawkę jeszcze raz, ale trochę inaczej.
Coś do niej dodaj albo coś z niej usuń.
Użyj innych kolorów albo innych przyborów do rysowania.
Następnego dnia zrób to jeszcze raz, a potem znowu i tak dalej.
Co się stanie, jeśli przez kilka dni będziesz rysował(a) swoją wymarzoną zabawkę?
Sprawdź!
Podpowiem ci tylko tyle, że z każdym dnie Twój rysunek będzie coraz lepszy, coraz ładniejszy i coraz ciekawszy.
Będzie podobał Ci się coraz bardziej!
LEKCJA DLA RODZICA:
Każda przyjemność, która pojawia się zbyt często, przestaje sprawiać radość.
Każda atrakcja, która staje się codziennością, szybko traci swoje kolory.
To, na co długo czekamy, co wymaga wysiłku, smakuje lepiej i będzie pamiętane na dłużej.
To, co dostajemy od razu, bez wysiłku i w dużych ilościach, często prowadzi do frustracji i wypalenia.
Żeby być szczęśliwym, trzeba nauczyć się, jak wśród zwyczajnych rzeczy znajdować te zupełnie niezwykłe: kolory kwiatów, melodie śpiewane przez ptaki, zapachy łąk i lasów, smak dojrzałych owoców czy wreszcie radość w oczach tych, których kochamy najbardziej na świecie 🙂
ZADANIE DLA RODZICA:
Zrób coś z niczego!
Znajdź jutro 5 minut wieczorem na przeczytanie dziecku kolejnej bajki.
Efekty przerosną Twoje oczekiwania!
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
Cena: 10 zł
© Maciej Wojtas
2. „Jak Scepan stał się Szczepanem”
Wiek: dla dzieci 4+
Temat: kreatywne rozwiązywanie problemów
Idea przewodnia: żyj tak, żeby po spotkaniu z tobą ludzie odchodzili choć trochę szczęśliwsi
Mam prawie pięć lat. Właściwie to cztery i pół. Ale czuję się tak, jakbym miał pięć lat. Mam tatę, mamę, brata i siostrę. Tata jest super. Mama jest super. Brat ma prawie trzy lata i wiadomo: jest super. A siostra dopiero uczy się siadać i wiem, że niedługo też będzie super.
W POPRZEDNIM ODCINKU:
Mama dała Szczepanowi dwie zabawki: ciężarówkę i ludzika („pana Scepana”).
Powiedziała synkowi na ucho, co powinien z tymi zabawkami zrobić, żeby dzieci zaczęły się z nim bawić.
BAJKA
Co wydarzyło się wczoraj?
NIC. To drugie NIC. To gorsze NIC.
Bo czasami, kiedy zdarza się to lepsze NIC, to cieszymy się tak, jakbyśmy wygrali milion złotych.
Albo dostali najlepszą zabawkę na świecie.
Na przykład kiedy idziemy do lekarza i dowiadujemy się, że NIC nam nie dolega.
Ale wczoraj zdarzyło się to drugie NIC.
To gorsze NIC.
Nie posłuchałem mamy i nie zrobiłem tego, o czym szeptała mi do ucha.
Stchórzyłem.
Przestraszyłem się.
Nie zrobiłem NICZEGO, o co prosiła mnie mama i dlatego w moim przedszkolu NIC się nie zmieniło.
Przez cały dzień zbierałem się na odwagę, ale NIC z tego nie wyszło.
A potem wróciłem z tatą autem do domu.
Mama zapytała mnie przy obiedzie, jak było w przedszkolu.
Skłamałem, że było dobrze.
Tak, wiem, że źle zrobiłem i jest mi teraz wstyd.
Mama uśmiechnęła się do mnie i na szczęście nie wspomniała o ciężarówce i panu Scepanie.
A dziś znowu jest poranek.
Znowu wybieram się do przedszkola.
I znowu wezmę ze sobą zabawkową ciężarówkę i pana Scepana.
Właśnie kończę jeść śniadanie.
Patrzę na bułkę z rzodkiewką, a ona patrzy na mnie.
I tak sobie siedzimy, ona na talerzu, ja na krześle i patrzymy sobie w oczy.
– Szczepcio, pospiesz się!
To mama, nie rzodkiewka. Za chwilę wychodzimy.
Mama zawsze mnie ponagla.
Nigdy nie mówi: „Szczepcio, wolniej, nie spiesz się, zdążysz do przedszkola”.
Zawsze tylko: „szybciej”, „pospiesz się” albo „jesteśmy spóźnieni”.
Tata nigdy mi tego nie mówi, bo on pracuje w domu, na komputerze.
Pilnuje brata i siostry, kiedy mama odwozi mnie do przedszkola.
Nie wiem, jak on to robi, skoro cały czas jest wpatrzony w ekran?
Może ukrył gdzieś kamerę i na ekranie swojego komputera obserwuje to, co dzieje się w domu?
Muszę to potem sprawdzić.
Dziś akurat pójdziemy pieszo, bo jest ładna pogoda i jak mówi mama: „szkoda jechać autem, kiedy świat jest taki piękny”.
Jak to dobrze, że czasami świat jest taki piękny.
Wtedy można iść powoli przez miasto i jest większa szansa na to, że się spóźni do przedszkola.
Niestety, moje buty są naprawdę solidne. Nie zepsują się nagle jak nasz samochód.
Są też wygodne. Można w nich chodzić naprawdę szybko.
To dlatego zajdę w nich aż po same drzwi tego okropnego budynku, którego ściany są pomalowane w kwiaty, gwiazdki i słoneczka.
Jeszcze chwilę i zaraz wejdę do środka.
Żegnaj, słoneczko! Żegnajcie, chmurki! Żegnaj, deszczyku!
No właśnie, deszczyku, dlaczego zacząłeś padać dopiero teraz?
Dlaczego nie zrobiłeś wielkiej ulewy, kiedy wychodziłem z domu?
Ty też chcesz, żebym chodził do tego przedszkola?
Nic, idę, wchodzę do środka.
Jeszcze tylko pożegnam się z mamą.
– Pa, mamo.
– Pa, Szczepciu. Trzymam za ciebie kciuki!
– Dziękuję, mamo.
Muszę powiedzieć mamie, żeby nie trzymała za mnie kciuków, bo to niebezpieczne.
Nie da się na przykład prowadzić samochodu, kiedy ściska się kciuki.
Innych rzeczy też nie da się wtedy robić.
Na przykład grać na pianinie. Albo dłubać w nosie.
Chociaż… sprawdzę. Yyy… Nie. Tego też się nie da.
Idę, wchodzę na salę.
Nic się tu nie zmieniło od wczoraj. Wszyscy bawią się razem.
Jedni o czymś ze sobą rozmawiają, inni puszczają samochodziki po podłodze, jeszcze inni układają coś z klocków.
Usiądę obok tych z klockami i spróbuję coś zbudować.
– Ej, nowy, nie zabieraj nam klocków!
Ooo… W końcu ktoś się do mnie odezwał.
Skoro już do mnie coś mówią, to chyba muszę im odpowiedzieć.
– Chłopaki, przecież to nie są wasze klocki.
– To SĄ nasze klocki.
– Przynieśliście je z domu? To może ja też jutro przyniosę, co?
– Ej, nowy, idź się bawić gdzie indziej.
Jak nie chcą, to nie będę się z nimi bawił. Pójdę sobie gdzieś indziej.
O, może tam, gdzie puszczają autka po podłodze. Wezmę to czerwone.
Ups… trochę popsute. Ale to nic. Zobaczę, jak jeździ.
– Szczepan, zejdź, bo my tu robimy wyścigi.
O, a ci pamiętają, jak mam na imię. To miłe. Bardzo miłe.
– Mogę pościgać się z wami?
– Nie teraz, może później.
– Super!
Ale fajnie, że będę mógł się z nimi pobawić.
Tylko zapytam ich, kiedy dokładnie będzie to „później”, żebym się… nie spóźnił.
– To kiedy będziemy się bawić?
– Później.
– Czyli?
– Później to później. Nie teraz.
Rozumiem. Oni po prostu nie chcą się ze mną bawić.
To znaczy chcą, ale później.
Czyli nigdy.
O, nasza pani mówi, że teraz będziemy się uczyć.
– Drogie dzieci, dziś nauczymy się rysować bardzo ciekawą roślinę: paproć.
Nie wiem jak ty, ale ja uwielbiam rysować, chociaż robię to po swojemu, inaczej niż wszyscy.
– Czy ktoś z was widział kiedyś paproć? Jeśli nie, to spójrzcie tutaj, na tablicę. Weźcie karteczki i narysujcie jeden liść takiej paproci.
Nie wiem, co mam robić. Może spróbować tego pomysłu mamy?
Tylko jak to zrobić?
Wyjąć autko i pana Scepana i położyć na stoliku?
I co dalej?
– Szczepan, ciebie też zapraszam do rysowania.
– Już, już, proszę pani, tylko wezmę coś z plecaka.
Wezmę z niego te dwie domowe zabawki, żeby mieć je koło siebie, a potem… coś wymyślę.
Otwieram plecak, wkładam do niego rękę…
A tak w ogóle to szkoda, że nie ma dziś tego Szymka, który wczoraj witał się z moją mamą.
Nie ma go, po pewnie jest chory.
Może pędził z góry na rowerze, trzymając za kogoś kciuki?
Może kiedy pędził na rowerze, to nagle do oka wpadł mu komar?
Może ten komar też trzymał za kogoś kciuki?
Może jemu też coś wpadło do oka i…
Tylko ile oczu ma komar?
I co może wpaść mu w oko?
Pewnie jakaś komarzyca albo…
Muszę się pospieszyć, bo pani zaczyna coś mówić, a ja stoję na środku sali z ręką w plecaku i wymyślam dziwne historie.
– Czy wszyscy mają już karteczki? A ołówki? Pamiętajcie, że zaczynamy rysować ołówkiem. Najpierw robimy szkic. Potem wypełniamy środek kolorami. Tutaj akurat nie będzie zbyt wielu kolorów, bo paproć jest cała zielona, ale możecie użyć różnych odcieni zieleni. Czy wszyscy mają zielone kredki na stolikach? Sprawdźcie, proszę.
Co za pech.
Mam wszystkie kredki, oprócz zielonej.
Na razie zrobię to ołówkiem.
Paprotka jest łatwa do narysowania.
Przypomina palmę albo choinkę, która wygięła się w jedną stronę, bo ktoś ją połaskotał.
Najpierw jedna długa kreska i od niej wychodzą coraz krótsze kreseczki po bokach.
A od tych krótszych jeszcze krótsze.
Prawie mam.
Teraz tylko muszę to pokredkować na zielono…
– O, dzień dobry Szymku!
Co ta pani mówi? Przecież każdy wie, że Szymka dziś nie…
Właśnie wszedł do sali. Dziwnie wygląda.
Oczywiście Szymek, nie sala. Choć sala… w sumie też.
– Dzień dobry, przepraszam, ale budzik się zepsuł i zaspałem.
A jeśli było odwrotnie?
Jeśli to Szymek się zepsuł, a budzik zaspał?
Muszę go o to zapytać.
– Dobrze, że jesteś, Szymusiu! A mama i tata? Też zaspali?
– Też, też, proszę pani. Mam nadzieję, że nie dowiedzą się, kto zepsuł…
– Słucham?
Szymek zepsuł budzik. Genialne! Ależ on jest sprytny!
– Aaaa… nic, proszę pani. Coś mi się pomyliło.
– Nic nie szkodzi. Każdemu może się zdarzyć. Dobrze, weź teraz karteczkę i usiądź koło Szczepana. Rysujemy dziś paproć. A dokładniej: liść paproci.
– A mogę koło Filipa?
– Tam jest już ciasno, usiądź koło Szczepana, będzie mu raźniej.
– Dobrze, proszę pani, już siadam.
No pewnie, że będzie mi raźniej.
Ta pani nie jest taka zła, jak myślałem.
Mam nadzieję, że Szymek ma zieloną kredkę, bo inaczej będę musiał od kogoś pożyczyć.
Zaraz go zapytam.
– Masz może zieloną kredkę?
– A jaką?
– Zieloną. Taka byłaby najlepsza. Może być żółtozielona, białozielona, czarnozielona. Jakakolwiek, byle miała w sobie coś zielonego.
– Ale jasną czy ciemną?
– A jaką możesz mi pożyczyć?
– Jaką chcesz!
– Yyy… więc… yyy…
Teraz albo nigdy. Wypróbuję ten mamy pomysł na Szymku.
Wezmę pana Scepana i przyłożę go do mojego ucha.
A potem będę udawał, że słucham, co ten plastikowy ludzik do mnie mówi.
Dobra, raz się żyje, jak mówi tata.
„Tak, wiem, panie Scepanie. Też tak myślę. Też bym taki chciał”.
– Z kim rozmawiasz, Szczepan?
Dobra, teraz będzie już z górki. Trzymam Scepana przed sobą i tłumaczę mu:
„Panie Scepanie, to jest Szymon”.
A teraz odwracam się do Szymka i mówię:
– Szymon, to jest pan Scepan, mój zabawkowy przyjaciel.
– Cześć, panie Scepanie, jestem Szymek!
– Czekaj, Szymek, on chyba chce mi jeszcze coś powiedzieć.
Znowu przykładam pana Scepana do ucha i udaję, że z nim rozmawiam:
„Tak, tak, mhmmm… i mam mu to powiedzieć teraz?”
– Pan Scepan mówi, że Szymon ma świetny piórnik i że on też by taki chciał.
– Dostałem go od Mikołaja. Powiedz mu, że to prezent.
– On słyszy, wszystko słyszy. Ale czasem mówi bardzo cicho i tylko jak go rozumiem.
– Ale super…! Szkoda, że Filip tego nie widzi. Mogę mu powiedzieć?
– Zapytam pana Scepana, czy się zgodzi.
„Mhm… mhm… mhm… dobrze, zaraz mu powiem”.
– No i? Zgodził się?
– Tak.
Filip jest zachwycony.
Uśmiecha się do mnie, a po chwili macha ręką.
Nagle patrzę, a obok naszego stolika staje pani przedszkolanka i dziwnie na nas patrzy.
A właściwie nie na nas, tylko na nasze kartki.
– Chłopcy, a gdzie wasze liście paproci?
Nie wiem, co odpowiedzieć, ale widzę, że Szymek pokazuje palcem na pana Scepana.
Biorę ludzika do ręki, przykładam go do ucha i zaczynam kiwać głową, że niby rozumiem, co on do mnie mówi.
Odpowiadam pani:
– Proszę pani, bo pan Scepan chciał powiedzieć, że to jego wina i że bardzo przeprasza. I że to się więcej nigdy nie powtórzy.
Szymek prawie dusi się ze śmiechu, a pani robi wszystko, żeby nie zachichotać na głos.
Poważnieje i odpowiada:
– Szczepanie, powiedz panu ludzikowi, żeby nie przeszkadzał wam podczas pracy.
Nie wiem dlaczego, robię się cały czerwony i mruczę pod nosem:
– Dobrze, proszę pani.
Pani odchodzi od nas i staje na środku sali.
– Słuchajcie, za 10 minut kończymy! A potem zrobimy wystawę waszych prac.
Odwracam się do Szymka i mówię mu:
– Hej, pożyczysz mi zieloną kredkę?
– No pewnie! – odpowiada mój pierwszy przedszkolny kolega.
Już sięgam po kredkę, kiedy ktoś zabiera mi ją sprzed nosa.
Ten ktoś to Wielki Czips.
Tak nazywają chłopaka, który jest największy i najsilniejszy w całej naszej grupie.
Mówią tak na niego, bo bardzo lubi jeść chipsy.
Wygląda najgroźniej i nikt za nim nie przepada.
Teraz już wiem, dlaczego.
Ale to nieważne.
Najważniejsze, że chyba w końcu polubię moje przedszkole!
(koniec)
W KOLEJNYM ODCINKU:
Szczepan z radością idzie do przedszkola.
Ma nowych kolegów.
Cieszy się na myśl o tym, że będzie się z nimi bawił.
Niestety pewne zdarzenie psuje mu humor.
I to bardzo…
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
LEKCJA DLA DZIECKA:
Dzieci w przedszkolu, do którego chodzi Szczepan, rysowały paprocie.
Niektórzy uprawiają paprocie w domu, w doniczkach.
Paprocie rosną też w wielu ogrodach.
Można je znaleźć również w polskich lasach.
Pamiętasz, jak wyglądają te rośliny?
Największe z nich są wielkości dużego psa.
Ale dawno, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo dawno temu, 300 milionów lat temu, kiedy na świecie nie było jeszcze nawet dinozaurów, rośliny wyglądały zupełnie inaczej.
Paprocie były wtedy ogromne.
Były wielkie, ale wcale nie były wtedy największymi roślinami!
Niektóre rośliny, które dziś są bardzo małe, wtedy były wyższe niż 10-piętrowy blok.
Najciekawsze było to, co z tymi roślinami stało się później.
Jak wiesz, każda roślina kiedyś zaczyna rosnąć, potem staje się dorosła, a na koniec obumiera.
Łamie się, ląduje na ziemi, zaczyna się rozpadać na kawałki.
300 milionów lat temu roślin było bardzo, ale to bardzo dużo.
Wśród nich były też ogromne paprocie.
Mnóstwo ich rosło i mnóstwo padało na ziemię.
Ze szczątków tych wszystkich roślin powstał węgiel kamienny.
Dlatego dziś czasem na kawałku węgla można znaleźć odciśnięte w nim prawdziwe liście paproci i innych roślin.
ZADANIE DLA DZIECKA:
Odciśnięte ślady dawnych roślin albo zwierząt można znaleźć w różnych kamieniach.
Poproś rodzica, żeby znalazł kawałek węgla albo inny kamień i żeby rozbił go młotkiem.
Kto wie, może w środku kryje się jakiś skarb?
ZADANIE DLA DZIECKA:
Czy wiesz, gdzie w Polsce można znaleźć ślady roślin i zwierząt sprzed milionów lat?
1) W Górach Świętokrzyskich czekają na Ciebie skamieniałości sprzed około 390 milionów lat, na przykład morskie bezkręgowce albo ryby pancerne.
2) W kamieniołomie w Krasiejowie, w województwie opolskim kryją się skamieniałości dinozaurów i innych gadów sprzed 230 milionów lat.
3) Na Jurze Krakowsko-Częstochowska znajdziesz skamieniałości z okresu jurajskiego (sprzed 150-200 milionów lat).
LEKCJA DLA RODZICA:
Przesłanie tej bajki jest następujące:
Żyj tak, żeby po spotkaniu z tobą ludzie odchodzili choć trochę szczęśliwsi.
Jak mimochodem sprawić dziecku radość, uszczęśliwić je?
Podpowiedzią może być „pan Scepan”, czyli plastikowy ludzik, który pojawił się w tej bajce.
Wystarczy powiedzieć swojemu dziecku coś miłego, ale użyć do tego kogoś lub czegoś innego.
Nie powiedzieć dziecku tego wprost, tylko włożyć swoje słowa w czyjeś „usta”.
Na przykład w „usta” ptaka, który podczas waszego rodzinnego śniadania spaceruje sobie po parapecie.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
Cena: 10 zł
© Maciej Wojtas
3. „Pajączki z górskiej łączki”
Wiek: dla dzieci 7+
Temat: podstawy matematyki, fizyki i chemii
Idea przewodnia: nauka przedmiotów ścisłych może być naprawdę zabawna
Na końcu świata, tam, gdzie ocean ma smak słonych paluszków, do których ktoś dodał za dużo soli, a za mało paluszków, pływała sobie okrągła wyspa. Na brzegu wyspy drzemały trzy wielkie góry. W połowie najwyższej z nich leżała kwiecista łąka. A na środku tej łąki falowała dzika trawa. Była długa i bujna jak włosy kogoś, kto nigdy nie był u fryzjera.
W POPRZEDNIM ODCINKU:
– Więc jaki masz plan, braciszku? – wtrąciła nieśmiało Nona.
– Spójrzcie tam, widzicie ten drewniany budynek? To szkoła, czyli takie miejsce, do którego ludzie wysyłają swoje dzieci, żeby nauczyły się różnych rzeczy. I my też tam musimy zacząć chodzić.
– Tylko po co? – zapytał poważnie jak nigdy Koko.
– Żeby dowiedzieć się jak najwięcej. Żeby żyć lepiej, mądrzej. Żeby przetrwać. Z was wszystkich jestem najstarszy i muszę się wami opiekować.
– Skąd wiesz, że ludzie wiedzą więcej niż my? – zapytał Dodo.
– Wszystko, czego nie stworzyła przyroda, zbudowali ludzie. Żadne zwierzę na świecie nie potrafi tego, co potrafią ludzie. My wiemy sporo, ale oni wiedzą chyba wszystko – wyjaśnił spokojnie Popo.
– To kiedy ruszamy? – wtrąciła się Tota.
– Jutro rano.
– Jutro rano? To wcale nie jest śmieszne… – próbował zaprotestować Koko.
– Jutro rano zaczniemy coś, co zmieni nasze życie na zawsze. Wypocznijcie, bo jutro czeka nas wielka wyprawa.
BAJKA
Pajączki poszły spać.
Ale po słowach Popo żaden z nich nie mógł zasnąć.
– Co? Jutro stanie się coś, co zmieni nasze życie na zawsze? A co to znaczy „na zawsze”? – Coco jak zwykle chciał poznać wszystkie szczegóły każdej operacji.
– Na zawsze to znaczy: do jutra, a potem do następnego jutra i do następnego, i tak dalej, aż pewnego dnia okaże się, że jutra już nie ma – wyjaśnił wszystko swojemu bratu Dodo.
– Nie słuchajcie go, Popo na pewno żartuje. Jutro nic się nie zmieni! – zachichotał Koko.
– Uff… To dobrze, bo ja to właściwie sama nie wiem, czy chcę zmieniać moje życie. W dodatku na zawsze… – zaczęła tłumaczyć się Boba.
– Ho ho ho ho hooo! – szykuje się niezła zabawa! – roześmiał się na cały głos Hoho.
– Ej, ludzie! To znaczy… pajączki! Nie martwcie się! W razie czego będę w pogotowiu! – krzyknął Ioio, który swoim zwyczajem postanowił wszystkich uspokoić.
– Róbcie, co chcecie. Ja nie mam zamiaru na nic czekać. Idę coś zjeść. Zawsze, kiedy się czegoś boję, to idę jeść – wyjaśnił Jojo, po czym wymknął się do spiżarni.
– Śpijcie wreszcie… rano… jutro… potem o tym porozmawiacie… – odezwał się Popo, który marzył tylko o tym, żeby porządnie się wyspać przed najważniejszym dniem w życiu.
***
Nastał ranek.
To była ciężka noc dla pajączków.
Wierciły się, przekręcały z boku na bok i liczyły barany przez sen.
Wreszcie przed świtem, kiedy niebo było jeszcze ciemne, a słońce zajęte oświetlaniem innej części świata, zmęczone zasnęły.
I spałyby tak do południa, gdyby nie czujny Ioio.
– Ratunku! – wrzasnął nagle na całe gardło.
– Co się stało…? – szepnął ktoś nieprzytomnym głosem.
– Zaspaliśmy!
– Słuchajcie, nie ma czasu do stracenia! Biegniemy do szkoły! – rozkazał Popo.
Pajączki błyskawicznie wydostały się spod kamienia i co sił w nogach popędziły w dół, do miasteczka, które znajdowało się w centrum wyspy.
Kiedy były prawie na miejscu, zobaczyły dzieci, które zmierzają w stronę niewielkiego, drewnianego budynku z czerwonym dachem.
– To chchchyyy… ba tutaj… – powiedział Popo zziajanym głosem – Możemy trochę zwolnić. Udało się nam zdążyć przed czasem.
Pajączki stanęły na moment, żeby nabrać sił, a po chwili podreptały gęsiego w stronę północnej ściany szkoły.
– Niedobrze… nie ma jak się dostać do środka – zmartwiła się Lola, patrząc na szczelnie zamknięte okna.
– A gdyby tak wejść przez to takie to tam na górze? – podrzuciła pomysł Tota.
– Możemy spróbować… – odpowiedział Popo.
– Chodźmy! W razie czego będę… – zaczął Ioio.
– Wiemy, wiemy! Będziesz w pogotowiu! – odpowiedziały chórem pajączki.
Nie wiedziały tylko, że „to takie tam na górze” to komin.
I że w środku jest mnóstwo czarnej sadzy, której nie da się zmyć wodą, w jakiej zwykle się kąpią.
Kiedy wreszcie dostały się do sali lekcyjnej, wyglądały jak stworzenia z innego świata.
– Lolololo! Lalala! Moje nogi… – jęknęła Lola, która zawsze dbała o nienaganny wygląd.
– Oooo… Zmieniłem kolor na gawroni – zdziwił się ten, który od urodzenia dziwił się wszystkiemu.
– Spokojnie. Zajmiemy się tym później. Teraz musimy znaleźć dobrą kryjówkę. Teraz, nie potem! – rozkazał Popo.
– Może wejdźmy tam, na to takie duże, wysokie i kanciaste – zaproponowała Tota.
Pajączki jeden z drugim wspięły się na starą szafę, w której nauczyciele trzymali pomoce naukowe.
– Nnno… nnnno… co za widok! Aż mi się w głowie kręci… – zachwyciła się Nona, kiedy spojrzała w dół.
– Całkiem przyjemna kryjówka! Choć jeszcze nie wiem, do czego – powiedział Dodo.
– A wiecie, że nigdy wcześniej nie widziałam ludzi? – zawstydziła się Boba.
– Ja widziałam trzy razy! – pochwaliła się Lola.
– Ja też widziałem, ale z tak daleka, że nie było ich widać – zażartował Koko.
– Co? Co? Oni wszyscy mają tylko cztery nogi? – zdziwił się Coco.
– Mają cztery, ale chodzą na dwóch – wyjaśnił Dodo.
– Bez sensu… przecież tak jest niewygodnie. Można się przewrócić… Lepiej mieć osiem. Tak jak my.
– Ciiii… – szepnął Popo. – Coś się dzieje…
***
Do sali, w której siedziały dzieci, weszli jacyś dorośli ludzie.
– Witajcie drogie dzieci – odezwała się jedna z kobiet.
– Dzień-do-bry! – odpowiedzieli razem uczniowie.
– Co? Drogie śmieci? – zdziwił się Coco.
– Nie śmieci, tylko dzieci… – wyjaśnił mu Dodo.
– Aaa… Ale dlaczego drogie?
– Ciii… – szepnął po raz drugi Popo. – Nie gadajcie tyle, bo nic nie słyszę.
– Chciałabym wam przedstawić osoby, które pracują w naszej małej szkole. Ja mam na imię Julia i będę was uczyć matematyki, fizyki i chemii. To jest pan Robert. On będzie was uczył pozostałych przedmiotów. To jest pan Jan, czyli woźny, który będzie robił wszystko, żebyście czuli się u nas bezpiecznie. To jest pani Ela, dzięki której w naszej szkole będzie zawsze czysto i pięknie. I na koniec Pani Dyrektor, która będzie pilnować, żeby wszystko zawsze dobrze się kończyło. Teraz macie 10 minut przerwy, a po przerwie ruszymy zdobywać wiedzę.
***
Dzieci wybiegły na podwórko.
Jakiś czas później wróciły zziajane do sali.
Nauczycielka poprosiła je o ciszę.
– Teraz będzie lekcja chemii, a pierwszym tematem, którym się zajmiemy, będzie budowa świata – powiedziała z uśmiechem.
– Co to jest lekcja? Co to jest temat? Co to jest budowa? Co to jest chemia? Dlaczego ta Julia tak się uśmiecha? Dlaczego ma tak na imię? – pajączki wypytywały jeden przez drugiego.
– Budowa to coś, co robią nasze sąsiadki, mrówki. One stale coś poprawiają w swoim domu. A chemia to chyba to, co zabiło naszego sąsiada, świerszcza. A na resztę pytań chwilowo nie znam odpowiedzi – wyjaśnił Popo.
Nauczycielka podeszła do tablicy i narysowała kulę ziemską.
– Zacznijmy od pierwszego pytania. Czy wiecie, z czego zbudowany jest nasz świat?
– Z drewna. Mój dom jest z drewna. Szkoła jest z drewna. Nawet drzewa w lesie są z drewna. Mój tata jest drwalem i mówi, że drzewa śnią mu się po nocach – odpowiedziało pierwsze dziecko.
– Nieprawda, świat jest zrobiony z wody. Czytałem, że człowiek najwięcej w środku ma wody. Inne zwierzęta i rośliny chyba też. Więc jakby nie było wody, to nas też by nie było – dodało drugie.
– Świat zbudowany jest z… z… z… zapomniałem, z czego… – zmartwiło się trzecie.
Nauczycielka uśmiechnęła się jeszcze promienniej.
– Słuchajcie, moi drodzy, świat zbudowany jest z atomów.
– Z czego? – zapytał Jojo, który siedział najdalej i z zapałem rysował coś na zakurzonej desce szafy.
– Z batonów – zażartował Koko.
– A co to są batony?
– Jedna osa, która podobno zwiedziła wiele wysp, choć nie ma na to żadnych dowodów, powiedziała mi jednego razu, że baton, to takie słodkie, długie coś, co ludzie bardzo lubią jeść.
– Ludzie są naprawdę dziwni…
– Pewnie to samo mówią o nas…
– Ooo… ona mówi, że świat jest zrobiony z maleńkich batonów. Takich, których nie widać gołym okiem – zawołał Oooo.
– To skąd wiadomo, że są, skoro ich nie widać? – zapytał Jojo.
Nauczycielka podeszła do zakurzonej szafy i wyjęła z niej mikroskop. Zamykając drzwi, pociągnęła nosem i prawie kichnęła.
– Hej, ta kobieta, która mówi do dzieci, ma straszny katar – pisnął z przejęciem Ioio – To robota dla karetki pogotowia!
– Ani mi się waż! – powiedział groźnie Popo – Jeszcze cię zobaczy, wystraszy się i… wolę nie mówić, co byłoby dalej.
– Masz rację, przepraszam…
***
Lekcje dobiegły końca.
Pajączki zaczęły powoli wracać do swojego domu pod kamieniem.
Koko chichotał cały czas z powodu swojego udanego żartu o batonach.
– Słuchajcie, mam pomysł! – zawołał nagle, robiąc poważną minę. – Skoro świat jest zbudowany batonów, to może my z nich coś zbudujemy?
– Tylko skąd weźmiemy te całe batony? Jak myślisz, Jojo, gdzie można je znaleźć? – zapytała Tota.
– Nie wiem, skąd one się biorą, ale tam na ławce siedzi jakieś dziecko i ma go w ręce. Musimy podejść bliżej, żeby się przekonać.
Pajączki ruszyły całą chmarą w stronę chłopca, który odpoczywał po lekcjach.
Wspięły się na ławkę, a Koko wskoczył na głowę dziecka, po czym zsunął się na pajęczynie na wysokość ucha i grzecznie zapytał:
– Człowieku, mam dwa pytania. Pierwsze jest takie: czy wiesz, że od tego psują się zęby? A drugie: dasz gryza?
Koko nie usłyszał żadnej odpowiedzi, dlatego wdrapał się po ręce ucznia i stanął na czekoladowym batoniku.
Rozległ się krzyk.
– Aaaa! Pająk! Na pomoc!
– Na pomoc? Ktoś mnie wzywa? – ożywił się Ioio.
– Nnn… nnie sądzę, żeby ucieszył się na twój widok – powiedziała ze śmiechem Nona.
– Już nigdy nie zjem żadnego batonika! – krzyczał malec, biegnąc przez miasteczko.
– Hej, zapomniałeś czegoś! – zawołał za nim Koko.
***
Godzinę później z czekoladowej przekąski, którą porzucił chłopiec, nie zostało prawie nic.
Nie, nikt jej nie zjadł. Pajączki zaczęły lepić ze słodkiej masy małe kulki, które przypominały brązowe śnieżki.
A potem z tych kulek złożyły przeróżne konstrukcje.
– Świetna zabawa, co nie? Ja właśnie robię pająka z dwudziestoma nogami! – pochwalił się Koko. – A wy?
– Ja okulary dla tych, którzy nie wierzą własnym oczom – zachichotał Coco.
– A ja taki długi patyk do robienia mniejszych patyków, które będą służyły do machania, jak się potrzebuje pomocy. Każdy z nas będzie mógł zabrać ze sobą jeden na wycieczkę – streścił swój plan Ioio.
– Podoba mi się ta zabawa. Można bawić się i jeść równocześnie – ucieszył się Jojo.
– Jeść? – zdziwił się Popo.
– Ja tylko chciałem spróbować…
– Słuchajcie, może kończmy już. Wracajmy do domu, bo zaraz zbiegną się tutaj mrówki z całej okolicy i będziemy mieli kłopoty… – odezwała się Tota.
***
Pajączki posłuchały swojej przezornej siostry.
Nie miały pojęcia, że to, co dziś zrobiły, cztery godziny później wywoła nie lada sensację.
Nie wiedziały też, że ta sensacja sprawi, że życie mieszkańców całej wyspy zmieni się na zawsze.
Wszystko przez pewnego naukowca, który wybrał się w ten rejon świata na kilkudniowy urlop.
Spacerował właśnie z głową w chmurach, kiedy na głównej ulicy miasteczka spotkał swojego kolegę po fachu.
– Profesorze Wilson, trzy godziny i dwa kwadranse temu dokonałem chyba wielkiego odkrycia!
– A cóż takiego znalazłeś na tym końcu świata, doktorze Nilson?
– Przyjechałem tu, żeby odpocząć po całym roku pracy. Przechadzałem się właśnie po parku, kiedy mój wzrok spoczął na czymś niezwykłym. Myślę, że odkryłem nowy gatunek owadów, bardzo inteligentnych! A może to pozostałości po jakiejś nieznanej cywilizacji? Sam już nie wiem…
– Czy ktoś już o tym wie?
– Chciałem to pozostawić w tajemnicy, aż do czasu, kiedy dokładnie przebadam te zagadkowe artefakty, ale opowiedziałem o tym jednemu człowiekowi z hotelu, a on najprawdopodobniej rozpowie to wszystkim. Boję się, że zaraz zacznie się najazd na tę spokojną, uroczą wysepkę…
***
Nastał wieczór.
– Słuchajcie, braciszkowie i siostrzyczki. To był ciężki dzień. Musimy się wyspać – zarządził Popo.
– A nie możemy pospać jutro dłużej? Do południa? – zdziwił się Jojo.
– Nie, bo jutro rano znowu idziemy do szkoły.
– Ale po co? Przecież już byliśmy!
– Że co? To do szkoły chodzi się więcej niż raz? Naprawdę? – zdziwił się Coco.
– Obawiam się, że więcej niż to za mało. Stanowczo za mało.
(koniec)
W KOLEJNYM ODCINKU:
Odkrycie doktora Nilsona sprawia, że na wyspę zaczynają przybywać naukowcy z całego świata.
Każdy z nich chce dowiedzieć się, kto pozostawił tajemnicze konstrukcje z czekolady.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
LEKCJA DLA DZIECKA:
Czym są atomy?
Atomy to klocki, z których zbudowane jest wszystko, co widzisz, słyszysz, możesz dotknąć, posmakować i powąchać.
Samych rodzajów atomów jest niewiele. Tak samo jak klocków w różnych zestawach. A mimo to, z tych kilku rodzajów atomów albo klocków można budować niemal wszystko, co się chce.
Atomy lubią się ze sobą łączyć. Tak samo jak klocki. Żaden klocek nie lubi być sam. Zawsze szuka kogoś do wspólnej zabawy.
Atomy są bardzo, bardzo, bardzo, bardzo małe. Tak małe, że nie da się ich zobaczyć przez normalny mikroskop.
Atomy są niewiarygodnie małe, ale można je podzielić na jeszcze mniejsze kawałki!
Niektórzy twierdzą, że atomy są trochę jak Układ Słoneczny.
W samym środku Układu Słonecznego znajduje się ogromna gwiazda, czyli nasze Słońce.
A w samym środku atomu znajduje się jądro.
Wokół Słońca krążą różne planety, na przykład Ziemia.
A wokół jądra krążą elektrony.
ZADANIE DLA DZIECKA:
Wymyśl, z czego mógłby być zbudowany świat.
Im bardziej szalony pomysł, tym lepiej.
Może z guzików? Albo z kalafiorów? Albo z zapachu mięty?
Narysuj, jak wyglądałby świat zbudowany z tego czegoś.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
Cena: 10 zł
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
4. „Nieon i Nieona”
Wiek: dla dzieci 7+
Temat: nauka wzmacniania wiary w siebie
Idea przewodnia: odkrywanie swoich talentów
Pierwszego dnia szkoły dzieci z klasy pierwszej weszły do świeżo wyremontowanej sali. W powietrzu unosiły się jeszcze zapachy żółtej farby do ścian, niebieskiego płynu do mycia szyb i białej pasty do polerowania drewnianej podłogi. Ale przede wszystkim unosił się tam zapach nieznanej przygody.
W POPRZEDNIM ODCINKU:
Michał i Marcelina poprosili złotą rybkę o to, żeby spełniła ich wspólne życzenie.
Rybka zgodziła się, a potem powiedziała:
– Przepraszam, pomyliłam się. Już dziś. Wasze życzenie zacznie się spełniać już dziś wieczorem.
– Czyli za jakieś cztery godziny?
– Tak, kiedy tylko pójdziecie spać… – wyjaśniła, po czym odpłynęła w stronę kępki wodnych roślin.
– Nie mogę się doczekać! – krzyknął Michał. Wziął głęboki oddech, przetarł ręką oczy, znowu wziął oddech, a potem potrząsnął głową z niedowierzaniem. To nie mogło dziać się naprawdę. To musiał być jakiś sen!
– Eee… Może odwołajmy to życzenie? – szepnęła nagle wystraszona Marcelina.
– Dlaczego?
– Ona powiedziała: „jutro wszystko się zmieni”.
– No i super!
– Wiesz, co to znaczy „wszystko”? Wszystko to naprawdę wszystko!
– Aaaa… – jęknął chłopiec, który w tym momencie zrozumiał, w co się wpakowali.
BAJKA
Następnego ranka, jeszcze przed pójściem do szkoły, Marcelina zadzwoniła do Michała.
– Cześć, co tam u ciebie?
– Nic… – odpowiedział zaspanym głosem.
– U ciebie też nic? – zdziwiła się.
– Nic…
– Więc złotej rybce coś się pomyliło?
– Nie wiem, ale chyba nie spełniła życzenia…
– Szkoda…
– No…
– Dobra, pogadamy w szkole, cześć!
– Cześć…
Dzieci spotkały się w szkole.
Na pierwszej lekcji nie wydarzyło się nic szczególnego.
Na drugiej i trzeciej też nie.
Ale po trzeciej lekcji Michał i Marcelina wyszli na boisko.
I wtedy ich wczorajsze życzenie zaczęło się spełniać.
W pewnej chwili chłopiec popatrzył dziwnie na swoją koleżankę.
– Też to sły… szysz? – wymamrotał przestraszony.
– Co?
– Kto to mówi?
– Nic nie słyszę.
– Tam, niżej, koło krawężnika.
– Czekaj… – Marcelina schyliła się.
– No i?
– Ja tu widzę tylko mrówkę.
– Ja też.
– Aaaa! – krzyknęła zachwycona dziewczynka. – Tak! Tak! To jest to!
– Ale co?
– Złota rybka! Tak! To ona!
– Ale co? – powtórzył Michał, który nie lubił, kiedy czegoś nie zrozumiał za pierwszym razem.
– Spełniła nasze życzenie!
– Przecież poprosiliśmy o coś innego.
– A jeśli tak właśnie ma być? Jeśli mamy słyszeć mrówki albo nie wiem, może wszystkie owady?
– Mówisz?
– Dobra, dzwonek, idziemy. Wrócimy tu na następnej przerwie.
– Dobra!
Dzieci wbiegły do budynku szkoły.
Następna lekcja dłużyła im się niemiłosiernie.
Nie mogły się na niczym skupić.
Nie słuchały tego, co mówiła nauczycielka.
Kiedy tylko zabrzmiał głos dzwonka, popędziły na boisko, ile sił w nogach.
Na szczęście wokół nich nie było nikogo.
Mrówka czekała w tym samym miejscu, w którym widzieli ją niecałą godzinę wcześniej.
Michał usiadł na krawężniku, a Marcelina przykucnęła żeby nie pobrudzić sobie nowych spodni.
– Słuchajcie, wielcy ludzie… – zaczął robaczek.
– Nie jestem wielkim człowiekiem, tylko dzieckiem – roześmiał się Michał.
– Ja też! – dodała Marcelina.
– Dla mnie jesteście wielcy.
– Jak tam chcesz… – odpowiedział chłopiec.
– Słuchajcie, mam problem. Nie mogę przez niego spać. Właśnie zdaję pierwszy egzamin w życiu. Od niego zależy wszystko. Żeby go zdać, muszę zrobić coś trudnego. Bardzo trudnego.
– A co dokładnie? – zapytała dziewczynka.
– Właściwie to i tak mam dobrze. Podobno w zeszłym roku moje starsze koleżanki musiały wnieść autobus na dach wieżowca.
– Cooooo? – Michał prawie się zakrztusił. – Przecież to niewykonalne!
– Nie doceniasz mrówek. Ja mam łatwiej. Muszę tylko wnieść arbuza na szczyt góry.
– O, mamo… – jęknęła Marcelina. – Przecież on waży jakieś tysiąc razy więcej od ciebie!
– Wszystkie mrówki mówią, że nie zdam tego egzaminu, bo jestem do niczego. Pewnie dlatego, że jestem słaba i chorowita. Wciąż powtarzają: „nie, ona nie da sobie rady” i takie tam.
– Michał, słyszałeś? U mrówek też są Nieoni i Nieone.
– Niesamowite…
– Nie martw się, pomożemy ci. Wiemy, jak to jest, kiedy nikt w ciebie nie wierzy, co nie, Michał?
– A gdybyś go pocięła na małe kawałki, a potem każdy kawałek zaniosła na szczyt góry? – Chłopiec od razu zaczął szukać wyjścia z tej sytuacji.
– To świetna myśl, ale mam chore żuwaczki, nie mogę nic nimi zrobić… Są praktycznie bezużyteczne.
– Aj… niedobrze… A ile masz czasu na to, żeby wnieść tego arbuza na górę?
– Pół roku.
– Czekaj… czekaj… czekaj… – Michał zmrużył oczy, jakby próbował znaleźć igłę w stogu siana. – Chyba wiem, jak to zrobić! I to w jeden dzień!
– Naprawdę? Tak szybko? – zdziwiła się mrówka.
– Nawet szybciej!
– Oj, to chyba niedobrze…
– Dlaczego?
– Bo nikt nie uwierzy, że to moja robota. I wtedy na pewno nie zdam egzaminu.
– Powiedz mi tylko, gdzie jest ten arbuz, dobrze?
– Leży w wysokiej trawie, obok ścieżki, która prowadzi na sam szczyt tej pierwszej góry, która jest za miastem.
– Świetnie! To wspaniała wiadomość!
– Naprawdę nic z tego nie rozumiem. Z czego tu się cieszyć?
Michał uśmiechnął się tajemniczo.
– Ja też nie wiem, o co ci chodzi – wtrącił się Marcelina.
– Słuchaj, mróweczko, pójdziesz dzisiaj na tę ścieżkę. Tam, gdzie leży ten arbuz.
– Dobrze. I co dalej?
– Zaczaisz się trochę niżej, dalej od szczytu góry, na jakiegoś turystę.
– A kto to taki?
– Turysta to taki człowiek z bagażem na plecach, który idzie w góry.
– Ale po co tam idzie?
– Żeby pospacerować, pooddychać świeżym powietrzem, pooglądać przyrodę i popatrzeć na piękne widoki.
– Dziwne… Myślałam, że po to, żeby znaleźć tam pożywienie albo schronienie. My tak właśnie robimy.
– My potrzebujemy czegoś więcej… – odparł Michał. – Tak mówi mój tata.
– Dobrze, więc mam się zaczaić na jakiegoś turystę. I co dalej?
– Musisz na niego wskoczyć i go ugryźć.
– Ale moje żuwaczki…
– Wiem. Wystarczy, że lekko go uszczypniesz w szyję.
– Ale po co?
– Żeby się odwrócił w stronę arbuza.
– A jak to zrobi, to…?
– To zauważy tego arbuza i weźmie go ze sobą na szczyt góry.
– Genialne! Nigdy bym na to nie wpadła!
– Przyjdź tu jutro i opowiedz, jak zdałaś egzamin, dobrze?
– Tak jest, panie kapitanie! – zasalutowała mrówka.
– Niezły jesteś… – powiedziała zachwycona Marcelina.
Michał poczuł dumę.
Wpadł na naprawdę dobry pomysł.
Mógł zrobić coś naprawdę dobrego dla tej biednej, małej mrówki.
No i to „niezły jesteś”.
Gdyby mógł, oprawiłby te dwa słowa w ramki i powiesił nad swoim łóżkiem.
Następnego dnia dzieci znowu spotkały się z mrówką.
– Opowiadaj! – zawołał Michał.
– Twój plan była naprawdę dobry.
– Wiedziałem!
– Ugryzłam delikatnie tego turystę, tak jak mi radziłeś.
– Iii…?
– On się obrócił i zauważył arbuza leżącego w wysokiej trawie.
– Wiedziałem!
– Wziął go ze sobą i…
– Zaniósł na szczyt góry?
– I tak, i nie.
– Zaniósł i nie zaniósł równocześnie? – zdziwiła się Marcelina.
– Zaniósł go na szczyt góry, tylko że w swoim brzuchu…
– Co za pech… – zmartwił się chłopiec.
– Ale twój plan był naprawdę świetny! Tylko trafiłam na wygłodzonego turystę i nie wyszło…
Michał westchnął głęboko. Przecież ten pomysł był idealny.
W tym momencie Marcelina dotknęła palcem czubek swojego nosa.
Wyglądało to tak, jakby wpadła na jakiś trop.
– A gdyby tak…
– Tak? – ożywiła się mrówka.
– Mam pomysł, ale on jest jeszcze bardziej…
– Szalony?
– To też, ale on jest wyjątkowo, nie wiem, jak to się mówi…
– To może opowiedz, o co w nim chodzi.
– Ten egzamin polega na tym, że masz sprawić, żeby arbuz znalazł się na szczycie góry, tak?
– Tak.
– Tej góry, którą widać tam, za miastem?
– Tak, a dokładnie na jej czubek, ten z pokruszonych kamyków.
– A gdyby tak usypać taką górę albo sam jej czubek?
– Oooo…
– Dokładnie taki sam, tylko w innym miejscu, na przykład na łące. Gdyby wsuwać po jednym ziarenku piasku pod arbuza, to…
– To niesamowite! Nigdy nie spotkałam tak pomysłowych ludzi!
– Dziękuję… – odpowiedziała Marcelina, czerwieniąc się trochę. Zbyt rzadko słyszała takie pochwały, więc nie była do nich przyzwyczajona.
– Chyba wiem, o co ci chodzi. Zamiast wnieść arbuz na górę, zrobię górę pod arbuzem. Genialne!
– Dziś jest piątek, zaraz kończymy lekcje. Będziesz tu w poniedziałek? – zapytał Michał.
– Oczywiście! – zawołała mrówka.
W poniedziałek dzieci po raz kolejny przyszły na boisko.
Mrówka była zmęczona i smutna.
– Boję się, że nie zdążę wykonać tego zadania.
– Dasz radę! Wierzymy w ciebie! – Marcelina próbowała dodać jej otuchy.
– Mam co prawda taki pomysł, ale nie wiem, czy on jest dobry.
– Jaki? – zaciekawił się Michał.
– Ten turysta, który zabrał arbuza, a potem jadł go w drodze na szczyt, co chwilę wypluwał pestki, takie czarne ziarenka.
– Też ich nie lubię – skrzywiła się dziewczynka.
– Więc turysta wypluwał pestki. A ty wymyśliłaś, że dawać piasek pod arbuz i w ten sposób stworzyć wielką górę.
– Wiem, to był dziwny pomysł…
– Nie, nie! – zaprotestowała mrówka. – On był świetny! Ten Michała też! Dzięki nim wpadłam na swój.
– Serio? – zdziwił się chłopiec.
– Połączyłam wasze pomysły! Dzięki tobie odkryłam, że arbuz ma lekkie pestki. A dzięki Marcelinie zrozumiałam, że miejsce takiej pestki jest w ziemi. Wystarczy więc, że przeniosę trochę gleby na szczyt góry i posadzę tam ziarenko. Potem będę je doglądać, czy niczego mu nie brakuje. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to za kilka miesięcy z pestki wyrośnie krzaczek, a na nim pojawią się kwiaty. Jeżeli jakaś pszczoła go zapyli, to jeden z nich zmieni się w mojego arbuza. I zdam mój egzamin!
– Jesteś najmądrzejszą mrówką, jaką znam! – zawołał z uznaniem Michał.
– Potwierdzam, mój kolega ma rację!
– Naprawdę tak myślicie?
– Naprawdę! Masz talent do… – zaczęła Marcelina.
– A co to jest?
– Talent to takie coś, co ma każdy człowiek: i młody, i stary. To coś, co robisz lepiej niż inni. Dużo lepiej albo tylko trochę lepiej. Jeśli o taki talent dbasz, to robisz tę rzecz coraz lepiej. To tak jak z tym ziarenkiem arbuza. W każdym owocu jest wiele takich ziarenek. Ale tylko te, o które się dba, zaczynają kiełkować i zmieniać się w roślinę – wyjaśnił chłopiec. – Mrówki też chyba mają swoje talenty, tak myślę.
– Ja też?
– Też.
– A jaki to talent? I do czego on się nadaje?
– Myślę, że potrafisz łączyć różne rzeczy ze sobą i w ten sposób robić coś zupełnie nowego.
– Wzięłaś dwa nasze pomysły i zrobiłaś z nich trzeci, najlepszy! – powiedziała z uśmiechem Marcelina.
Mrówka aż zaniemówiła z wrażenia.
Nigdy nie sądziła, że usłyszy od kogokolwiek takie pochwały.
– Jesteście wielcy! Dziękuję wam z całego serca!
– Wielcy to są nasi rodzice albo pani nauczycielka – zaśmiał się Michał. – My jesteśmy dopiero dziećmi.
– Nie to miałam na myśli. Jesteście naprawdę wielcy. Pomogliście mi, choć wcale nie musieliście tego robić. Nie musieliście nawet zwracać na mnie uwagi. I myślę, że jesteście najmądrzejszymi istotami, jakie spotkałam w swoim życiu. Chciałabym was przedstawić innym mrówkom.
Michał i Marcelina byli tak zajęci rozmową z małym owadem, że nie zauważyli, że na boisko wbiegli chłopcy z ich klasy.
– Ej, patrzcie, oni gadają z mrówkami! – krzyknął Dawid. – Narzeczona para, Mrówka i Barbara! Narzeczona para, tara ta ra ra ra!
– Dawid, chodź zagrać w piłkę! – krzyknęli jego koledzy.
– Zaraz do was przyjdę! – odpowiedział.
– No i? – zapytał Michał.
– Dobrze się czujecie? Czy może słońce wam przygrzało? Może czapeczkę? Może kapelutek? A ta mrówka to chłopiec czy dziewczynka? Jak wasz dzidziuś będzie miał na imię?
– Czujemy się świetnie, a ty?
– Ja przynajmniej nie gadam do mrówek.
– Zdradzimy ci sekret. Michał, możemy? – powiedziała tajemniczo Marcelina.
– Chyba tak…
– My naprawdę potrafimy rozmawiać z mrówkami.
– I one nas słuchają. Serio!
– Czyli jednak wam przygrzało i to mocno.
– Nie wierzysz?
Michał prawie położył głowę na ziemi i zaczął mówić szeptem.
Tak cicho, żeby Dawid niczego nie usłyszał.
– Mróweczko, mamy do ciebie jedną prośbę.
– Z przyjemnością ci pomogę!
– Powiedz swoim koleżankom, żeby zrobiły… – w tym momencie chłopiec ściszył głos jeszcze bardziej, a dodatkowo zasłonił usta dłonią, żeby nikt nie domyślił się, jaki ma plan. Po chwili wstał, otrzepał spodnie i z uśmiechem powiedział do Dawida:
– Dobra, to teraz patrz.
Na chodnik wyszły tysiące mrówek.
Zaczęły biegać w różne strony.
Po chwili okazało się, że ze swoich ciał układają jakiś napis.
Dawid zaczął go czytać:
– Da… wi… d… co… po… wie… sz… na… to…?
Chłopak zbladł.
Popatrzył na Michała i Marcelinę.
– Widzieliście to?
– Co? – zapytała dziewczynka.
– Napis!
– Jaki napis? Gdzie? – zdziwił się jej kolega.
– No ten!
– Przecież tam nic nie ma.
– Jak to… nie ma…?
Dawid spojrzał raz jeszcze na chodnik.
Mrówki zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.
– Za długo siedziałeś na słońcu – wyjaśnił Michał. – Nie martw się, nikomu o tym nie powiemy.
– Nie mów tak. Nie będziemy tacy jak on. Nie będziemy mu dokuczać.
– Masz rację, Marcelina. To było głupie.
***
Po ostatniej lekcji Michał i Marcelina wracali razem ze szkoły.
– Michał, musimy robić tak, jak ta mróweczka – powiedziała dziewczynka.
– Znaczy się jak?
– Ona brała jeden pomysł, potem drugi i robiła z tego trzeci. I ten trzeci był najlepszy.
– To kiedy spróbujemy?
– Może dziś? Pani kazała nam narysować świat przyszłości. Pomyślę o tym w domu i zadzwonię ci, co wymyśliłem. Ty też pomyśl. A potem zmieszamy te nasze pomysły i…
– Genialny plan!
(koniec)
W KOLEJNYM ODCINKU:
Marcelina i Michał spotykają wyjątkowo niezdarną pszczołę.
Pomagają jej odkryć niezwykły talent.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
LEKCJA DLA DZIECKA:
Każdy z nas boi się burzy.
Ty na pewno też.
Ale jest taka burza, którą na pewno polubisz.
Taką właśnie burzę zrobiła, zupełnie niechcący, mała mrówka z dzisiejszej bajki.
Jak to możliwe?
Ponieważ to nie była zwykła burza, tylko burza mózgów.
Tak nazywa się zabawa, podczas której ludzie zbierają się razem i opowiadają o swoich pomysłach na zrobienie czegoś.
W tym odcinku bajki Michał i Marcelina zastanawiali się, jak pomóc mrówce wnieść arbuz na szczyt góry.
Z ich pomysłów mrówka stworzyła swój własny sposób na wykonanie tego zadania.
Połączyła dwa pomysły i dzięki temu powstał trzeci.
ZADANIE DLA DZIECKA:
Chcesz zrobić coś z niczego?
Zrób to, co mrówka!
Weź cytrynę i wyjmij z niej pestkę.
Jeśli nie masz cytryny, weź jabłko.
Poszukaj najbardziej dorodnego ziarenka.
A potem poproś któregoś z rodziców, żeby pomógł Ci przygotować doniczkę z dobrą ziemią.
Wsadź ziarenko do ziemi, niezbyt głęboko i delikatnie je podlej.
Sprawdzaj co kilka dni, czy ziemia nie wyschła.
Po kilku tygodniach ziarenko zacznie kiełkować.
Możesz zrobić też coś innego.
Kiedy będziesz na podwórku albo na spacerze, poszukaj nasion drzew.
Na przykład klonu, dębu albo kasztanowca.
Obserwowanie, jak z żołędzia, kasztana albo klonowego „śmigiełka” powstaje roślina, która będzie żyła dziesiątki albo setki lat, to ogromna przyjemność!
ZADANIE DLA DZIECKA I RODZICA:
Zastanówcie się razem: w jaki jeszcze sposób mała mrówka mogłaby wnieść owoc arbuza na wysoką górę?
Wymyślcie jak najwięcej rozwiązań.
Im bardziej szalone, tym lepiej!
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
Cena: 10 zł
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
5. „O drzewach, które wszystko widziały, ale nikomu o tym nie powiedziały”
Wiek: dla dzieci 8+
Temat: historia Polski i świata
Idea przewodnia: poszukiwanie dobra, którym można obdarować innych ludzi
Mieli wszystko, choć nie mieli prawie nic. Jak to możliwe? Nie mieli niczego, czego można byłoby im zazdrościć. Bo czy można zazdrościć komuś samochodu, który jest tak wiekowy, że pokrywająca go rdza dawno zdążyła umrzeć ze starości? Albo domu, w którym dzień po zakończeniu remontu zaczynał się kolejny, a potem następny i tak bez końca?
W POPRZEDNIM ODCINKU:
Tatko poprosił swojego znajomego o to, żeby ten zbudował mu urządzenie do odczytywania historii ze słojów drzew.
Antoś poradził tacie, że z takim urządzeniem mógłby zostać najlepszym detektywem w okolicy.
Co więcej, mając taką właśnie pracę, mógłby z całą rodziną jeździć po świecie.
Tatko od razu podchwycił ten pomysł.
Postanowił założyć firmę, która będzie pomagała ludziom odnajdywać różne rzeczy.
BAJKA
Dzień zapowiadał się całkiem nieźle.
Niebo było niebieskie aż do przesady, w powietrzu tańczyły chmary mikroskopijnych kropelek wody, a słońce grzało tak, jakby chciało zdobyć medal olimpijski w podnoszeniu… temperatury powietrza.
Mateczka od samego rana mówiła, że zanosi się na burzę, ale nikt nie chciał jej wierzyć.
– Chmurki moje kochane, nie dąsajcie się tak… Mówię tylko, że powinniście dziś zostać w domu i przeczekać najgorsze.
– Pszczółko miodowa – odpowiedział jej Tatko – nic się nam nie stanie. Objedziemy raz-dwa do miasta i pozałatwiamy wszystko tak szybko, że nawet nie zauważysz, że nas nie ma.
– Obiecajcie, że wrócicie jak najszybciej. Nie chcę znowu się zamartwiać. Mam już stanowczo za dużo siwych włosów…
– Ty i siwe włosy? Czy ja o czymś nie wiem? – roześmiał się Tatko.
– Tyle razy ci mówiłam, żebyś poszedł wreszcie do okulisty – zażartowała Mateczka.
– Robaczku, wybierałem się do niego setki razy, ale ilekroć przechodziłem tamtą ulicą, to nie mogłem znaleźć jego gabinetu. On musi być bardzo mały. Ten gabinet, znaczy się… – odpowiedział Tatko, mrugając okiem do swojej ukochanej żony.
Mateczka uznała, że nie przekona nikogo do zmiany planów.
Nie chciała marnować więcej czasu, tym bardziej, że robiło się coraz cieplej, a w ich samochodzie od dawna nie działała klimatyzacja.
Wiedziała, że to miał być naprawdę ważny dzień.
Ważny dla niej, Tatka i wszystkich dzieci.
Tatko miał w mieście pozałatwiać swoje sprawy i kupić różne rzeczy, które były mu potrzebne do jego pierwszej firmy.
Dzieci miały jechać razem z nim na pierwszą wakacyjną wycieczkę.
Kiedy ich stary samochód usłyszał, jak daleko się wybierają, jak wyboistą drogą będzie jechał i ilu ludzi będzie wiózł, jęknął przeciągle swoimi pordzewiałymi resorami.
Wreszcie ruszyli.
Najpierw powoli, jak żółw, ociężale.
Potem powoli, jak żółw, ociężale.
W końcu powoli, jak żółw, ociężale.
Tatko mówił, że tak musi być.
Jego samochód bardziej nadawał się do zwiedzania okolicy niż do szybkiego połykania kilometrów.
Minęła pierwsza godzina jazdy. Potem druga.
Kiedy zaczynała się trzecia, Leoś zawołał:
– O…! Chyba ktoś robi nam zdjęcia.
– Zdjęcia? – zdziwiła się Oleńka.
– Nie widziałaś tego błysku?
– Może to fotoradar? – odezwał się Antoś.
– Przecież tu nie ma żadnych radarów. A poza tym jedziemy wolniej niż śpiący leniwiec na zepsutych wrotkach – podsumowała Alusia i w jednej chwili wszyscy wybuchnęli śmiechem.
Nagle Tatko spochmurniał.
Gestem ręki pokazał, żeby wszyscy się uciszyli.
Chciał posłuchać rozpaczliwych dźwięków wydawanych przez silnik.
– Nie… znowu to samo… – westchnął zmartwiony.
– Co się stało, tato? – zapytała Uleczka. – Martwisz się, że znowu się zepsuje?
– Zaraz sprawdzę. Mam nadzieję, że to nic złego.
– Ja też, bo robi się coraz ciemniej, jesteśmy w środku „puszczy jakiejśtam”, a do miasta zostało jeszcze 35 kilometrów…
Uleczka miała rację.
Burzowa chmura już dawno próbowała ich dogonić.
Udało się jej dopiero wtedy, kiedy samochód zaczął się psuć.
Ucieszyła się, że wreszcie ich dopadła, bo chciała pochwalić się komuś swoimi nowymi piorunami.
Zebrała się w sobie, nabrała powietrza w swoje granatowe płuca i posłała błyszczącą strzałę prosto w samotne drzewo, które smacznie spało przy drodze.
Drzewo aż zapłonęło ze złości, kiedy piorun przeleciał przez jego gałęzie i zanurkował między korzeniami.
Miało taki piękny sen i burza przerwała go jednym cięciem…
W tym samym momencie w samochodzie zgasły na chwilę światła.
Auto potoczyło się jeszcze kilkaset metrów i zatrzymało się.
W samym środku burzy.
W samym środku lasu.
W samym środku niczego.
Umysł Tatka, odwrotnie niż silnik ich samochodu, zaczął pracować na najwyższych obrotach.
Mężczyzna miał na pokładzie pięcioro dzieci, które były w wielkim niebezpieczeństwie.
Dlatego włączył światła awaryjne, wybiegł z samochodu i kilkadziesiąt metrów za nim ustawił na asfalcie czerwony trójkąt ostrzegawczy.
Potem wrócił do auta i powiedział:
– Tam, za zakrętem widać jakiś dom. Zaczekajcie tutaj, pobiegnę i sprawdzę.
Dzieci nie miały pojęcia, że ich ojciec potrafi tak szybko biegać.
Nikt nigdy im nie powiedział, że mieszkają pod jednych dachem z prawdziwym sprinterem.
Kiedy Tatko wrócił, zobaczył, że migające światła kierunkowskazów przestały działać.
Akumulator wydał z siebie ostatnie tchnienie, po czym padł na amen.
– Szybko, wysiądźcie, zepchniemy tego gruchota na pobocze. A potem szybko, najszybciej jak się da, pobiegniemy za ten zakręt. Tam się schowamy.
Chwilę później wszyscy stali przed domem, na którym zawieszona była metalowa tabliczka z zabawnym napisem: „Gospodarstwo Agroturystyczne Pod Dębowym Dębem”.
Zaczęli pukać do drzwi, ale okazało się, że w środku nikogo nie było.
– Na pewno ktoś tu mieszka, bo przed budą dla psa stoi miska z wodą – spostrzegł Antoś.
– Chyba, że ta woda to deszcz, który właśnie napadał – zauważył Leoś.
– Nieważne, musimy się gdzieś schronić. O, może tutaj, na tej werandzie? – zaproponował tata.
– Tu przynajmniej nie leje na głowę! – ucieszyła się Alusia.
Wszyscy weszli pod dach.
Na szczęście pod ścianą stała ławka z oparciem, więc można było usiąść i przeczekać najgorsze.
Zresztą, burza zaskakująco szybko wystrzelała się ze wszystkich piorunów, bo od dawna nie dawała o sobie znać.
– Musimy poczekać jeszcze trochę, żeby mieć pewność, że jest już po wszystkim – oznajmił Tatko.
– I jeszcze musisz, tato, naprawić auto… – dodała Olusia.
– Wiem, wiem, córeczko…
Powietrze zadrżało. Zza lasu dotarł basowy dźwięk grzmotu.
– Skoro i tak musimy tu chwilę posiedzieć, to zrobimy coś pożytecznego. To znaczy ja zrobię, a wy będziecie mi kibicować, dobrze? – powiedział tata, jakby chciał odwrócić uwagę dzieci od tego, co właśnie usłyszały.
– Tat-ko! Tat-ko! Tat-ko! – zawołał Antoś. – Może tak być?
– A co chcesz zrobić? Zadzwonić do mamy? – wtrąciła Uleczka.
– Nie, bo jest burza. Mam za to pomysł, jak udoskonalić mój czytnik słojów.
– Udoskonalić? To on może być lepszy? – zdziwił się Antoś, który zwykle pierwszy wpadał na „jeszcze lepsze pomysły”.
– O, tak! Chciałbym, żeby czytnik wyciągał jeszcze więcej informacji z każdego drzewa. Żeby mówił, co dokładnie działo się nie tylko w jakimś roku, ale w miesiącu, tygodniu, a nawet dniu!
– Oooo… to byłoby coś…! – zawołał z przejęciem Leoś.
– Tylko jak to zrobić? – zapytała zaciekawiona Olusia.
– Dobre pytanie! Wydaje mi się, że wiem, co trzeba poprawić, żeby czytnik dostał supermocy! Ta mała zmiana będzie miała wielkie konsekwencje, zobaczycie! – emocjonował się tata.
– Tylko że nie mamy tu żadnych narzędzi… – zorientował się Leoś.
– Wystarczy mi śrubokręt, który mam w moim scyzoryku.
Tatko wyjął swój „sprzęt do wszystkiego” i zaczął nim gmerać w czytniku słojów.
Mruczał przy tym pod nosem jakieś dziwne, uczone słowa i zwroty.
Po kilku minutach wcisnął jakiś przycisk i… z wrażenia zaświeciły mu się oczy.
– Mamy to! – krzyknął na cały głos.
Burzowa chmura musiała się przestraszyć głosu Tatka, bo kilka minut później niebo zrobiło się prawie idealnie błękitne.
Las, który otaczał ich ze wszystkich stron, zaczynał parować podgrzewany promieniami słońca.
– Burza już przeszła. Czekajcie, zaraz zadzwonię do mamy, żeby się nie martwiła… A niech to… bateria padła…
– I co teraz? – zasmuciła się Uleczka. – Skąd weźmiemy prąd?
– Ja nie mam. Zostawiłem w domu – zażartował Antoś.
– Ja też go nie zabrałem – dodał Leoś
– Bardzo śmieszne…
– Dzieci, przestańcie na chwilę… – zirytował się tata, który gorączkowo próbował znaleźć jakieś rozwiązanie tej sytuacji – Musimy podładować telefon i naładować akumulator. Musimy mieć prąd i to na już.
– Tato, przecież siedzimy w domu… – odezwała się Alusia
– Ale gniazdka, córeczko, zwykle są w środku…
– Niekoniecznie… poszukajmy, może jakieś będzie tutaj, na zewnątrz.
– Miałaś rację, jest! – ucieszył się Tatko.
– I co teraz?
– Teraz pożyczymy trochę prądu.
Tata wyjął ładowarkę z plecaka, podłączył telefon, a potem pobiegł do samochodu po prostownik do akumulatora.
W swoim aucie miał narzędzia na każdą możliwą okazję.
Woził ze sobą całe wyposażenie warsztatu mechanika.
Kiedy przybiegł do dzieci, zatrzymał się nagle, roześmiał i klepnął dłonią w czoło.
– Gdzie ja mam głowę! Przecież nie wziąłem akumulatora.
– Tato, jak oddamy tym ludziom prąd? – zapytała Alusia.
– Nie oddamy prądu. Zapłacę tym ludziom za niego – wyjaśnił Tatko, sięgając do kieszeni – O, nie… to jakiś koszmar! Pieniądze zostały w domu…
– Tato, mam lepszy pomysł! Możemy zapłacić inaczej! – krzyknął Antoś.
– Jak?
– Zróbmy dla tych ludzi, którzy tu mieszkają, coś dobrego.
– Na przykład?
– Sam kiedyś mówiłeś, że informacje są droższe niż złoto.
– To prawda.
– Zapłać tym ludziom informacjami.
– Niby jakimi?
– A twój czytnik?
– Hmm…
– Mógłbyś go wypróbować na tych starych drzewach, które rosną tam z tyłu, koło płotu.
– Dobra myśl!
***
Tatko przytaszczył akumulator, podłączył go do prostownika, a prostownik do gniazdka.
A potem podszedł do pierwszego drzewa.
Był to stary dąb.
Czytnik obliczył, że miał trochę ponad pięćset lat.
Tatko miał już przejść do rosnącego obok jawora, kiedy urządzenie zasygnalizowało jakąś anomalię.
Okazało się, że jednego roku, prawie pięćset lat temu stało się coś, co na kilka lat zahamowało wzrost dębu.
– Hmmm… to ciekawe… Jak myślicie, dlaczego pół tysiąca lat temu to młode drzewo nagle przestało rosnąć?
– Może nie miało wody? – rzuciła pomysł Oleńka.
– A może trafiło na kamień, znaczy się skałę? – dodała swój Alusia.
– A może ktoś podciął mu korzenie? – próbowała odgadnąć Uleczka.
Tatko zamyślił się.
– Każde z was może mieć rację. Zastanawiają mnie te korzenie. Dlaczego ktoś podcinałby korzenie drzewa? Przecież to nie ma sensu.
– Bo pewnie wykopał obok dziurę i ukrył w niej skarb! – roześmiał się Leoś. – Ale to raczej niemożliwe.
– Tato, sprawdźmy, czy tam nie ma skarbu! – zawołał Antoś.
– To nie nasza ziemia. A poza tym, nie mamy łopaty.
– Łopata? Tam stoi, obok rynny!
– Zaraz, zaraz… Z tego, co pamiętam, to jakoś tędy, w tej okolicy albo ciut dalej, dawno, bardzo dawno temu przebiegał Bursztynowy Szlak. A jeśli tak, to wędrowali tędy kupcy. A jeśli wędrowali kupcy, to mieli ze sobą jakieś towary, albo bursztyn, albo pieniądze. A jeśli mieli…
Tatko uśmiechnął się tak, jak robił to zawsze, kiedy do głowy wpadały mu najbardziej szalone pomysły.
– Dobra, sprawdzimy, ale bardzo płytko. Grzebniemy tylko troszkę, troszeczkę.
***
Chłopcy aż otworzyli buzie, kiedy zobaczyli zawartość glinianego naczynia, które przez ponad 2000 lat było ukryte w ziemi. Leoś zapytał wprost:
– Tato, czy to bursztyn?
– Obawiam się, że nie tylko.
– A co jeszcze?
– Obawiam się, że złoto. I srebro.
– A czy to jest dużo warte?
– Obawiam się, że bardzo.
– A czy za to będziemy mogli kupić nowe auto.
– Obawiam się, że nie tylko auto.
– Dlaczego „się obawiasz”?
– Boję się, że będzie mi trudno rozstać się z tym skarbem.
– Rozstać?
– Przecież to my go wykopaliśmy! Jest nasz! – zaprotestował Antoś.
– Tak, ale nie możemy go zabrać ze sobą.
– Ale za tyle złota moglibyśmy kupić… wszystko! Mielibyśmy w końcu to, co inne dzieci.
– Mielibyście więcej niż którekolwiek dziecko w kraju!
– No… właśnie… – jęknął Leoś.
– Więc dlatego tak trudno będzie się pożegnać z tym znaleziskiem.
– No a ty byłbyś sławny! I twój czytnik słojów też! Ludzie dowiedzieliby się, że jesteś wielkim detektywem! – Antoś próbował użyć każdego argumentu, jaki tylko przyszedł mu do głowy.
– A wiesz, że na to nie wpadłem…
– No widzisz!
– Nie wpadłem na to, że będzie dopadnie mnie jeszcze jedna pokusa. Dajcie mi chwilę, muszę się zastanowić.
– Czyli że co? Bierzemy to złoto? – Leosiowi wydawało się, że tata zmienił w końcu zdanie w sprawie skarbu.
Tatko zaczął chodzić tam i z powrotem z opuszczoną głową.
Wyglądało to tak, jakby coś zgubił.
Robił tak zawsze, kiedy chciał znaleźć rozwiązanie jakiegoś problemu.
Tymczasem dzieci zabrały się za dzielenie skóry na niedźwiedziu:
– Ja kupię sobie nowy rower.
– Ja bym chciał aparat z takim długim obiektywem, do obserwowania ptaków.
– Ja bym chciała trampolinę, taką wielką, największą jaka jest w sklepie.
– A ja…
Tata nagle zatrzymał się.
Wyprostował się i patrząc dzieciom w oczy, zaczął mówić:
– Słuchajcie, to była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu.
– Czyli bierzemy złoto? Super! Tylko do czego je wsadzimy? Ma ktoś jakąś torbę? – zapytał przezornie Leoś.
– Jeśli je zabierzemy, to będziemy złodziejami. Taki skarb powinien trafić do muzeum. Tylko, że jest jeden problem. Jeśli wezwiemy naukowców, to dowiedzą się, jak trafiliśmy na te starożytne przedmioty. I wtedy wyjdziemy na włamywaczy.
– Uuuuu… – skrzywiła się Oleńka.
– Wolicie być złodziejami czy włamywaczami?
– Ani jednym, ani drugim – odpowiedziała Uleczka.
– Ja też – dodała Alusia.
– To co zrobimy? Zakopiemy to złoto? – zmartwił się Leoś.
– Tato, mam lepszy pomysł! – wyskoczył Antoś.
– Jaki, synku?
– Zakopiemy to tam, gdzie było, ale napiszemy kartkę z informacją i włożymy ją do skrzynki na listy, tej na tych drzwiach. Kiedy ten ktoś, kto tu mieszka, przeczyta ją, sam sobie wszystko znajdzie.
– Genialne! – zawołał Tatko.
Parę minut później wiadomość była gotowa.
Oprócz dokładnego miejsca, w którym należy kopać, żeby znaleźć skarb, Tatko dodał coś jeszcze.
Napisał, że to, co jest w ziemi, zostało zakopane tam około 500 lat temu, ale jest o wiele starsze, bo ma około 2000 lat.
I że być może było tak, że 500 lat temu ktoś natrafił na to, ale z jakiegoś powodu postanowił to ukryć.
Podpowiedział też właścicielowi gospodarstwa agroturystycznego, żeby oddał znalezisko do muzeum, a potem nadał nową nazwę swojej posiadłości: „Zajazd Na Bursztynowym Szlaku”.
Zapewnił go, że dzięki temu zaczną go odwiedzać ludzie z całego świata.
***
Późnym popołudniem Tatko i dzieci wrócili do domu.
Tam czekały na nich Mateczka i Cioteczka. Obie były bardzo zdenerwowane.
– I jak tam było? Strasznie się o was martwiłam… Dlaczego nie zadzwoniliście? – zaczęła mama.
– Ja też! – dodała Cioteczka.
– Telefon nam padł, a samochód… sama wiesz. Ale wszystko dobrze, co się dobrze kończy – powiedział Tatko, mrugając okiem do dzieci – To wy sobie tu porozmawiajcie, a ja pójdę pogrzebać…
– W nosie? – zażartował Antoś.
– Tak! W nosie naszego auta! Między jego oczami, czyli tymi wyłupiastymi lampami.
– Opowiadajcie! Macie jakieś dziwne miny… – odezwała się Cioteczka, która nie mogła się już doczekać na porcję najświeższych wiadomości.
– Dziwne miny? Nie… – zaprzeczyła Oleńka.
– My zawsze tak wyglądamy… – potwierdziła Alusia.
– Oj, dzieci, chyba nie zawsze…
– Tylko wtedy, kiedy tata zabrania mówić mamie, że… – wypsnęło się Uleczce.
– Tata zabronił wam o czymś mówić? – zapytała zaskoczona Cioteczka.
– Ale nie o wszystkim, tylko o tym, co się stało w tym domu w środku lasu – uspokoił ją Leoś. – I o tym, że nie możemy nikomu się pochwalić, że będziemy bogaci. I jeszcze o tym, że nie zostaliśmy ani złodziejami, ani włamywaczami!
***
Wieczorem Tatko zawołał wszystkie dzieci do swojego pokoju.
– Słuchajcie, dzieci. To, co teraz powiem, jest bardzo ważne. Ten czytnik słojów jest niesamowity. To jedyne takie urządzenie na świecie. I chyba tylko ja wiem, jak je zbudować.
– Tato, jesteś geniuszem! – zawołał dumny z ojca Leoś.
– Obawiam się, że gdyby ktoś dowiedział się o tym, co ono potrafi…
– To zapłaciłby ci miliony? – zaciekawił się Antoś.
– To byłoby nawet miłe, ale boję się, że… po prostu by mi to zabrał. A potem wykorzystał do złych celów. Bo tym czytnikiem można zrobić mnóstwo dobrego albo złego.
– I co teraz zrobisz? – zapytała Alusia.
– Obiecajcie mi, że nikomu nie powiecie o czytniku.
– Za późno, Cioteczka już wie – westchnęła Uleczka.
– Z Cioteczką sam o tym porozmawiam. Chodzi mi o waszych kolegów i koleżanki. O nauczycieli, sąsiadów, kogokolwiek, kto będzie kiedykolwiek z wami rozmawiał.
– Dobrze, obiecujemy, że nikomu o tym nie powiemy.
– O czym nie powiecie? – zapytał Tatko, uśmiechając się do dzieci. A one zaczęły na wyścigi zadawać mu kolejne pytania, śmiejąc się przy tym coraz bardziej i bardziej:
– A o czym mamy nie mówić, tato?
– O co w ogóle chodzi?
– A skąd wiadomo, że chodzi?
– A może nie chodzi, tylko jeździ?
– Co my tu w ogóle robimy?
– Czy tylko ja tego nie wiem?
– Która jest godzina?
– A co to jest godzina?
– Dlaczego tutaj jesteśmy?
– Gdzie właściwie jest to „tutaj”?
– Jak się nazywa ta planeta?
– To my jesteśmy na jakiejś planecie?
– Houston, czy my mamy jakiś problem…?
(koniec)
W KOLEJNYM ODCINKU:
Tatko, Mateczka i dzieci śledzą, co stało się ze skarbem.
Okazuje się, że sprawą zainteresowała się telewizja.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
LEKCJA DLA DZIECKA:
Tatko powiedział dzieciom, że przez okolicę, w której utknęli, dawno temu przebiegał Bursztynowy Szlak.
Czy wiesz, co to było?
Zacznijmy od… komiksu o Asteriksie.
Ta wymyślona historia dzieje się ponad 2000 lat temu w wiosce, którą chce podbić Juliusz Cezar.
Taki człowiek istniał naprawdę.
Był najpotężniejszym władcą w tamtych czasach.
Wyobraź sobie, że jesteś mieszkańcem starożytnego Rzymu, czyli imperium rządzonego przez Juliusza Cezara.
Widzisz, że bogaci Rzymianie noszą na sobie dziwną biżuterię.
Kamienie w ich pierścieniach albo naszyjnikach wyglądają jak zastygnięty miód.
W dodatku we wnętrzach tych kamieni czasami można znaleźć nieruchome owady.
Ten kamień nazywa się bursztyn.
Powstał miliony lat temu.
Mieszkasz w starożytnym Rzymie i pewnego dnia dowiadujesz się od jednego z kupców, że bursztyn można znaleźć „za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami”.
Jednym słowem, bardzo daleko.
A dokładnie nad zimnym morzem, które znajduje się hen, gdzieś na północy.
To zimne morze to nasz Bałtyk.
Postanawiasz wybrać się tam i na własne oczy zobaczyć, czy to, o czym mówią kupcy, jest prawdą.
Ktoś znajomy mówi Ci, że istnieje droga, którą można dotrzeć nad Morze Bałtyckie.
Ostrzega Cię jednak, że ta droga jest bardzo niebezpieczna.
Postanawiasz jednak zaryzykować.
Bierzesz ze sobą przedmioty, które chce wymienić za bursztyn.
Jakiś czas później przechodzisz przez las.
Dokładnie obok miejsca, w którym ponad 2000 lat później zatrzymają się Tatko i jego dzieci…
ZADANIE DLA DZIECKA:
Wyobraź sobie, że na Twoim podwórku odkryto wielkie złoża… klocków.
Co robisz, mając ich tak dużo?
Co z nich budujesz?
Na co je wymieniasz?
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
Cena: 10 zł
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
6. „O królu Przymiotniku i reszcie pięknych słów”
Wiek: dla dzieci 8+
Temat: gramatyka języka polskiego i języków obcych
Idea przewodnia: język polski jest piękny i niezwykły
Cóż to była za kraina! Rzekami płynął miód, a z kranów ciekło świeże mleko. Znudzone ryby posuwały się leniwie w stronę morza, kosztując złocistej słodyczy. Ludzie kąpali się w kryształowych wannach wypełnionych białym płynem.
Drzewa rodziły owoce przez cały rok, nawet zimą.
W POPRZEDNIM ODCINKU:
Do krainy rządzonej przez króla Przymiotnika Pierwszego Wielkiego przybył tajemniczy rycerz.
Powiedział, że chce poślubić jego córkę.
Zaczął się przechwalać. Powiedział, że już wkrótce mieszkańcy całego królestwa zaczną obsypywać go najprzeróżniejszymi przymiotnikami.
BAJKA
– Tato, tato… nie denerwuj się tak o byle co, to zdrowiu szkodzi… – córka Przymiotnika starała się uspokoić ojca.
– Nie daruję mu tej zniewagi! – bulgotał wrzącą złością król.
– Niech pokaże, co potrafi. Pośmiejemy się z tego razem, tatusiu.
– Naprawdę tak myślisz, kochana Partykuło?
– Tak, tak!
– Oby, oby…
– Niech się dzieje, co ma się dziać.
– Niech się dzieje…
***
Czasownik, bo tak miał na imię ów dzielny rycerz, nie chciał marnować ani minuty. Od razu zabrał się do pracy.
Zapytał przypadkowego przechodnia, gdzie mieszka Przyimek, o którym tyle słyszał.
Nieznajomy wskazał mu starą psią budę wciśniętą między dwie zapłakane wierzby.
Tak, Przyimek był psem.
Bardzo przyjaznym, dobrym, chętnym do pomocy – przyjacielem.
Wyglądał zupełnie pospolicie, jak typowy, wesoły kundelek.
Na szyi miał zawieszony tobołek, w którym trzymał swoje narzędzia o dziwnych nazwach: Z, Do, Nad, Pod, W, Znad, Poprzez i wiele innych.
– Wiesz może, Przyimku, kto w waszej krainie potrzebuje pomocy? – zapytał Czasownik.
– Łatwiej powiedzieć, kto teraz jej nie potrzebuje… – odparł smutno pies.
– To od kogo zaczniemy?
– Może od tego chłopca, który mieszka pod sosnowym lasem?
– A co mu jest?
– Mieszka z mamą. Nie potrafi mówić. Jutro jest jej święto, więc pomyślałem, że…
– Dobra myśl z tym prezentem!
– Skąd wiedziałeś?
– Podrzucimy mu czekoladki!
– Świetnie! Znam jeden fajny sklep…
– Całkiem inne czekoladki. Czeka nas długa droga, przyjacielu.
Czasownik i Przyimek wyruszyli przed siebie.
Szli, szli, szli, aż okazało się, że… pomylili kierunek. Zaczęli więc wracać, wracać i wracać.
A potem znowu szli, szli, szli, aż dotarli do miejsca, w którym rosło jedyne w tej krainie drzewo kakaowe.
Czasownik zebrał kilka najbardziej dojrzałych owoców, a następnie – sobie tylko znanym sposobem – zrobił z nich czekoladki.
– Nie rozumiem – wtrącił Przyimek, próbując kakaowego smakołyku – czym właściwie twoje czekoladki różnią się od tych z mojego ulubionego sklepu? No bo chyba nie smakiem, prawda?
– Powiedziałeś, że chłopiec nie potrafi mówić.
– Nic a nic.
– Czyli nigdy niczego nie powiedział do swojej mamy, tak?
– Ani pół słowa.
– Kiedy więc mama skosztuje tych czekoladek, od razu dowie się, za co jej syn jest jej wdzięczny. Tak właśnie działają.
– Pfff… przecież do tego nie trzeba żadnych czekoladek.
– Jak to?
– Widać, że nie masz dzieci, Czasowniku. Każda matka potrafi wyczytać wszystko z oczu swojego dziecka: radość, smutek, zawstydzenie, strach, szczęście i tak dalej.
– Chcesz powiedzieć, że nasza wyprawa była na marne?
– Skądże znowu! Jego mama na pewno ucieszy się takiego prezentu! Na 200 procent!
– Uff… – odetchnął z ulgą Czasownik.
– To co robimy?
– Musisz użyć swojego psiego sprytu, żeby podrzucić jej czekoladki, kładąc je na stole.
– To żaden problem. Na, pod czy nad – jestem przygotowany na każdą okazję!
Przyimek miał rację.
Mama nie tylko ucieszyła się z prezentu, ale kiedy tylko dowiedziała się, kto podarował jej synkowi czekoladki, pobiegła pochwalić się tym swoim przyjaciółkom.
A one ochoczo rozgłosiły to dalej.
***
– Co teraz, Przyimku? Komu chcesz dziś pomóc? – zapytał następnego ranka Czasownik.
– W drewnianej chatce pokrytej toną zielonego mchu, tam, na końcu tej piaszczystej drogi, która biegnie obok jeziora, żyje człowiek, który zgubił okulary.
– I to ma być trudne zadanie?
– Chodźmy, przekonamy się.
Przyimek wyjął ze swojego tobołka cały zestaw ratowniczy:
składaną drabinę do wchodzenia na,
kieszonkową łopatę do kopania pod,
a nawet maleńką wiertarkę do wiercenia w
– i zabrał się do pracy.
Po całym dniu przeszukiwania domu, przeczesywania podwórka i przekopywania okolicznego lasu, Przyimek miał już serdecznie dość wszystkiego, a Czasownik – cztery razy bardziej. Obaj zupełnie opadli z sił.
– Poddaję się. Tych okularów nie da się znaleźć.
– Może ich nigdy nie było?
– A zwróciłeś uwagę na jego nos?
– Nie.
– Miał tam takie dwa czerwone dołeczki, to właśnie były ślady po okularach.
– I co teraz zrobimy? Masz jakiś pomysł?
– Spokojnie, jestem Czasownikiem. Zawsze wiem, co robić!
– Więc?
– Dam mu moje okulary, są wyjątkowe.
– Masz okulary?
– Mam, ale rzadko noszę.
– A co jest w nich takiego niezwykłego?
– Wystarczy je założyć, żeby zobaczyć, gdzie w swoim życiu popełniło się albo gdzie nadal popełnia się błędy.
– A czy poprawiają też wzrok?
– Oczywiście!
– Mogę przymierzyć?
– Ale tylko na chwilę.
Czasownik wyjął okulary ze swojej skórzanej torby i zbliżył je do oczu Przyimka.
– O, nie… tego się nie spodziewałem… – wyszeptał pies.
– Mówiłem ci, że to nie są zwykłe okulary.
– Mogę jeszcze popatrzeć?
– No dobrze…
Gdyby Przyimek miał ręce, złapałby się nimi za głowę. Zamiast tego zaczął kręcić nią z coraz większym niedowierzaniem.
– Nie wiedziałem, że moje zwykłe szczekanie miało taki wpływ na ludzi i w ogóle…
– Prawda, że te okulary otwierają oczy?
– One nie mają oczu…
– Ty naprawdę jesteś mądrym psem, Przyimku!
– Dopiero teraz to zauważyłeś?
– Dopiero wtedy, kiedy wyjąłem okulary – roześmiał się na głos Czasownik.
***
Mężczyzna, któremu podarowali okulary, nie tylko ucieszył się z nieoczekiwanego prezentu.
Uradowany pobiegł do sąsiadów i opowiedział im wszystko ze szczegółami.
Wieści o rycerzu Czasowniku i jego giermku Przyimku rozsiewały się po okolicy niczym nasiona potężnego klonu zaskoczone nagłym uderzeniem wiatru.
(koniec)
W KOLEJNYM ODCINKU:
Czasownik i Przyimek postanawiają sprawić niezwykły prezent księżniczce Partykule.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
LEKCJA DLA DZIECKA:
Czasownik to strasznie zapracowany bohater.
Stale coś robi.
A nawet, jeśli niczego nie robi, to też… coś robi.
Na przykład śpi.
Nie może usiedzieć w jednym miejscu.
Bo czasownik to ta część mowy, która opisuje jakąś czynność albo stan.
Czasownik mówi nam, co ktoś robi albo się z kimś albo czymś dzieje.
Jakie czasowniki pojawiły się w tym fragmencie?
Było ich całkiem sporo, na przykład:
robi, śpi, opisuje, mówi.
A przyimek?
Przyimek to taki ktoś, kto bardzo lubi przebywać razem z rzeczownikiem.
Przyimek to bardzo krótkie słowo, bez którego rzeczownik nie może się obejść.
Przyimkami są na przykład: z, do, na, za, pod, w, znad, od, po.
Te krótkie słowa przyjaźnią się z rzeczownikami.
Czy wiesz, czym są rzeczowniki?
To słowa, które oznaczają jakieś rzeczy.
Rzeczy, czyli najczęściej coś, co można dotknąć albo narysować.
Rzeczowniki to na przykład: pies, kasztan, chmura, stół, okno, jaskółka.
Przyimki przyjaźnią się z rzeczownikami.
Oto przykłady:
Z domu
DO przedszkola
NA drzewie
ZA oknem
POD stołem
W szufladzie
ZNAD morza
OD góry
PO ścianie
ZADANIE DLA DZIECKA:
Czasownikiem i przyimkiem zajmiemy się następnym razem.
Teraz wymyśl jakiś przymiotnik.
Jak pewnie pamiętasz, przymiotnik to słowo, o które można zapytać: „jaki?”, „jaka?” albo „jakie?”.
Można o niego zapytać również na inne sposoby, ale ten jest najpopularniejszy.
Takim przymiotnikiem może być na przykład słowo „szybki”.
Jaki? Szybki! 🙂
Utwórz od niego wszystkie 3 stopnie przymiotnika.
Stopień równy, wyższy i najwyższy.
W tym przypadku będą to słowa: szybki, szybszy, najszybszy.
Stopień równy to słowo „szybki”.
Stopień wyższy to słowo „szybszy”.
A stopień najwyższy to słowo „najszybszy”.
Skopiuj te 3 słowa, najlepiej zapisane w taki sposób:
szybki
szybszy
najszybszy
i wklej do translatora Google.
Sprawdź, jak brzmią te słowa w różnych językach, najlepiej europejskich:
po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, francusku i tak dalej.
Szybko odkryjesz coś niezwykłego 🙂
Po polsku jest to:
– szybki
– szybszy
– najszybszy
Po angielsku:
– fast
– faster
– the fastest
Po niemiecku:
– schnell
– schneller
– das schnellste
Po hiszpańsku:
– rápido
– más rápido
– el más rápido
Po francusku:
– rapide
– plus rapide
– le plus rapide
Po włosku:
– veloce
– più veloce
– il più veloce
Po czesku:
– rychle
– rychlejší
– nejrychlejší
Widzisz tutaj jakiś powtarzający się wzór? 🙂
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
Cena: 10 zł
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
7. „O rekinie, który potrzebował trochę czasu do namysłu”
Wiek: dla dzieci 8+
Temat: nauka zmagania się z przeciwnościami
Idea przewodnia: niektóre problemy rozwiązuje upływ czasu
Przypływałem tam, kiedy ludzie bili się między sobą na śmierć i życie, choć zupełnie nie wiadomo, o co – i kiedy posiniaczeni od stóp do głów godzili się, obiecując solennie, że to już na pewno ostatni raz. Kiedy pływali po morzach żaglowcami popychanymi przez kapryśny wiatr, odkrywając przy tym nowe-stare światy – i kiedy siedząc w wygodnych fotelach, serfowali po falach internetu.
W POPRZEDNIM ODCINKU:
W 1505 roku Ingrid i Ole uratowali życie małemu rekinowi.
Przy okazji zadali mu zagadkę o oliwie.
Ryba przez ponad 500 lat miała z nią „mały” problem.
BAJKA
Ta historia z oliwą była ciekawa, bo działa się aż pół tysiąca lat.
Ale nie zawsze tak było.
Nie zawsze robiłem jakąś rzecz przez tyle czasu.
Zdarzało się czasami, że byłem odrobinę szybszy.
Tak było na przykład 450 lat temu, kiedy pływałem głównie w Atlantyku.
A może w Pacyfiku, czyli w oceanie Spokojnym?
Hmm…
Nie, on nie był raczej zbyt spokojny.
Był burzliwy, kapryśny i nieprzewidywalny.
Więc to musiał być Atlantyk.
Przy jednym z jego brzegów, nie pamiętam, czy wschodnim czy zachodnim, była mała wysepka.
Na tej wysepce stał sobie dom, cały z kamienia, od góry do dołu.
W środku mieszkała rodzina: mężczyzna, kobieta i kilkoro dzieci.
Najmłodsze dziecko zachowywało się trochę dziwnie.
Chłopiec codziennie przychodził na brzeg i krzyczał na całe gardło:
– Hop, hop! Jest tam kto?
Nie wiem, kogo tak wołał, ale ten „ktoś” chyba nie chciał z nim rozmawiać, bo nigdy mu nie odpowiadał.
Wreszcie, po kilku tygodniach malec przestał to robić.
Nie wiem, dlaczego, ale zrobiło mi się go żal.
Któregoś dnia zauważyłem jednak, że on wcale się nie poddał!
Zmienił tylko sposób, w jaki chciał porozmawiać z tym „kimś”.
Zamiast wołać „hop, hop, jest tam ktoś”, zaczął robić łódki z sosnowej kory.
Do każdej z nich doczepiał mały, biały żagiel, a na burcie rył kawałkiem metalu jakiś napis w swoim języku.
Wchodził potem do wody i kładł te stateczki na fale.
Większość z nich uparcie wracała na plażę, ale to nie zrażało chłopca.
Dzień za dniem powtarzał to samo.
I wtedy zrozumiałem, o co mu chodziło.
Okazało się, że marzył o tym, żeby wypłynąć na ocean i dotrzeć na jego drugi brzeg.
Słyszałem czasami, jak rozmawiał ze swoim ojcem, pytając go, co jest tam, gdzie woda łączy się z niebem.
– Byłeś tam kiedyś, tato?
– Gdzie?
– Tam, gdzie kończy się morze.
– Synku, ono nigdzie się nie kończy.
– To niemożliwe, wszystko ma swój początek i koniec.
– Nieprawda.
– A co takiego nie ma początku ani końca?
– Kiedyś ci opowiem. Teraz muszę iść naprawić sieci. Czeka mnie sporo pracy.
– Kiedyś?
– Ha, ha… już wiem! Naprawianie sieci nie ma końca. Ani początku, bo nie pamiętam, kiedy pierwszy raz się za to zabrałem. A to dobre! – roześmiał się ojciec i ruszył w stronę domu.
Chłopiec został sam na brzegu.
Nagle zauważył, że kręcę się po okolicy.
– Rybko! Rybko!
Obróciłem się w jego stronę.
– Powiedz mi, co tam jest? Oooo… tam! – wskazał palcem na horyzont – Przecież wiem, że tam byłeś. Bo byłeś, prawda?
To prawda, byłem tam, ale nie pamiętam, żebym widział tam coś szczególnego.
Chociaż nie… Spotkałem tam raz tuńczyka, który marzył o tym, żeby poznać kogoś, kto mieszka tam, gdzie ten chłopiec.
– Rybko, a może ty będziesz wiedzieć, jak powiedzieć ludziom, którzy żyją po drugiej stronie tej wielkiej wody o mojej wiosce? A może lepiej im nie mówić? Jak myślisz? Może mają złe zamiary? Rybko, powiedz, czy tam żyją dobrzy ludzie?
– Daj mi chwilę, zaraz zapytam! – odpowiedziałem w moim języku, po czym zanurzyłem się w głębinach.
Niestety, moi podwodni znajomi słabo orientowali się w geografii.
Nic dziwnego, w końcu całe swoje życie spędzili w samym środku środka oceanu i rzadko wybierali się w dalekie podróże na koniec świata.
Dlatego ich odpowiedzi były takie:
– O jakim brzegu mówisz?
– A co to jest brzeg?
– To nasza woda gdzieś się kończy? Nikt mi o tym nie powiedział. Mam się bać?
Musisz przyznać, że mieszkańcy głębin niewiele wiedzieli o tym, co znajduje się poza czubkiem ich nosów.
W końcu natknąłem się na jednego wieloryba.
Wyglądał mi na takiego, który wiele wody przefiltrował w swoim życiu.
Postanowiłem zasięgnąć języka. Opisałem mu krótko problem tego chłopca.
Wieloryb zamyślił się.
Po chwili zapytał mnie:
– Przypłynąłeś ze wschodu, przyjacielu, mam rację?
– Tak, od tej strony, gdzie słońce budzi się co rano.
– Pływałem jakiś czas temu po zachodniej stronie tej wielkiej wody.
– I co tam widziałeś?
– Pewnego razu wynurzyłem się blisko brzegu. Lubię tak przystanąć na dłużej i posłuchać, o czym mówią ptaki, ryby i ludzie.
– I o czym mówili?
– Ptaki jak zwykle narzekały na ryby, a ryby narzekały na ptaki.
– A ludzie? Byli tam jacyś ludzie?
– Nie uwierzysz, przyjacielu, ale była tam dziewczynka, która pytała mamę o to samo, co ten twój chłopiec.
– Nieprawdopodobne…
– Życie bardzo lubi to słowo… – odpowiedział filozoficznie wieloryb i popłynął w swoją stronę.
Ruszyłem w stronę zachodniego brzegu oceanu, żeby na własne oczy przekonać się, czy faktycznie mieszkają tam jacyś ludzie.
Pomyślałem, że może przy odrobinie szczęścia uda mi się odnaleźć tę dziewczynkę.
Okazało się, że po drugiej stronie świata ludzie mają zaskakująco podobne problemy.
Wieloryb miał rację.
Dziewczynka, o której mówił, istniała naprawdę.
Co więcej, udało mi się podsłuchać jej rozmowę z matką:
– Mamo, co jest tam, za wodą?
– Nic.
– Naprawdę?
– Pomyśl: gdyby coś tam było, to by stamtąd do nas przypłynęło. A przecież wiadomo, że nic takiego się jeszcze nie wydarzyło. Bo gdyby się zdarzyło, to bym o tym wiedziała. A gdybym wiedziała, to bym ci powiedziała.
– A może nic nie przypłynęło, bo nikt nie wie, że tu można dopłynąć?
– Kochanie, twój tata kiedyś tam pływał i za każdym razem mi mówił, że tam nic nie ma. Tylko woda, woda i woda. Bez końca.
– A dziadek? Albo drugi dziadek?
– Oni robili to samo, co tata i mówili to samo. To morze nie ma końca. Dlatego jest takie straszne.
– Naprawdę nikt nie odważył się popłynąć trochę dalej? Nikogo nie ciekawiło, co się stanie, jeśli jeszcze raz wybiorą się aż tam, gdzie słońce wieczorem wpada, żeby się wykąpać?
– Nic mi o tym nie wiadomo. A jeśli nawet jakiś śmiałek z naszej wioski popłynął tak daleko, to już do nas nie wrócił.
– Jak dorosnę, to sama sprawdzę, co tam jest. Bo przecież coś być musi! Przecież każde morze kiedyś się kończy. To moje największe marzenie!
– Nie kiedyś się kończy, tylko gdzieś.
– Pomyśl, mamo. Skoro to morze zaczyna się obok naszej wioski, to może kończy się obok jakiejś innej?
– Może tak, może nie. Wracajmy do domu, robi się zimno.
– Nigdy nie chciałaś się dowiedzieć, co tam jest? Nie nudziło cię mieszkanie w tej wiosce?
– Zawsze chciałam, ale szkoda było mi na to czasu. Wolałam żyć tak, jak umiem. Tu, gdzie jestem.
– I nie żałujesz? Nigdy nie żałowałaś?
– Nie. Jestem szczęśliwa, mam rodzinę, mam ciebie, kochanie. Takiego dokonałam wyboru.
– Jakiego wyboru?
– Postawiłam na to, co mogłam zrobić. Na to, co może zrobić każda kobieta.
– Czyli?
– Na miłość. Dzięki temu poznałam tatę i mam was.
Zrobiło mi się żal tej dziewczynki.
Pomyślałem, że gdybym tylko mógł jej udowodnić, że za oceanem mieszkają inni ludzie, to spełniłbym jej największe marzenie.
Zacząłem płynąć na wschód.
Zastanawiałem się właśnie nad czymś ważnym, kiedy nad moją głową zaskrzeczał albatros.
– Cześć, rekinie, co robisz? – zapytał.
– Mam wielki problem. Pomógłbyś mi go rozwiązać? Masz chwilę?
– Chętnie!
– Daleko, bardzo daleko stąd mieszka jeden chłopiec, który kiedyś wrzucił do wody małe, drewniane łódeczki z żaglem. Widziałeś je gdzieś może?
– A kiedy je wrzucił?
– Nie pamiętam dokładnie, ale boję się, że dawno…
– To daj sobie spokój z szukaniem. Ocean jest ogromny, fale zatapiają wszystko, a drewno, kiedy nasiąknie wodą, idzie prosto na dno.
– Wspaniale! Bardzo mi pomogłeś! Stokrotne dzięki!
Albatros nie zrozumiał, z czego się cieszę. Machnął skrzydłem na pożegnanie i odleciał.
Zanurkowałem w najgłębszą toń oceanu.
Opadając powoli coraz niżej, natknąłem się na ławicę śledzi.
– Nie widzieliście może drewnianych łódek z żaglem? – zapytałem.
– A po co ci łódka, nie umiesz pływać? – odpowiedziały chórem srebrne rybki.
– Dobry żart, zapamiętam. Chcę pomóc pewnemu chłopcu…
– Nie pomożemy ci. Nie pomagamy ludziom. Oni nas łowią. Nie ma mowy. Do widzenia.
***
Dotarłem wreszcie do celu podróży.
Nie pamiętam, ile czasu przeszukiwałem dno.
Może kilka dni, może kilka miesięcy, a może kilka lat.
Wszystko przez to, że w tych ciemnościach trudno było mi się zorientować, kiedy wschodzi słońce, a kiedy księżyc.
Ale trud opłacił się.
Znalazłem jedną łódkę. Była w zaskakująco dobrym stanie.
Ech, gdyby ten chłopiec wiedział, jak daleko popłynęła…
Chwyciłem ją delikatnie zębami.
Teraz nie pozostawało mi nic innego, jak dostarczyć ją dziewczynce.
Jednak im dłużej płynąłem z tą „przesyłką”, tym więcej miałem wątpliwości.
A może lepiej nie pokazywać jej tej łódki?
Może będzie szczęśliwsza, nie wiedząc o tym, co jest za oceanem?
Bo jeśli odkryje, że łódka pochodzi stamtąd, to będzie chciała tam dotrzeć.
Nie będzie mogła ani jeść, ani spać, dopóki nie spełni swojego marzenia.
Byłem zmęczony tym wszystkim.
Zdrzemnąłem się na chwilę.
Kiedy się obudziłem, łódki już nie było.
Pewnie we śnie otworzyłem szczęki i jakoś się uwolniła.
A potem, niesiona morskim prądem, wylądowała na piaszczystym brzegu.
Akurat tego dnia dziewczynka spacerowała plażą.
W pewnej chwili zauważyła to, co zgubiłem.
– Mamo, spójrz, co znalazłam! – zawołała. – To musiało przypłynąć z daleka!
– Naprawdę niezwykłe… Nigdy czegoś takiego nie widziałam… – szczerze zdziwiła się jej matka.
***
Minęły lata.
Któregoś dnia znowu pływałem wzdłuż zachodniego brzegu oceanu.
Nagle oniemiałem z wrażenia.
Tam, gdzie kiedyś spacerowała dziewczynka, cumowała duża, drewniana łódź z białym żaglem.
Taka sama jak ta, którą kiedyś trzymałem w zębach, tylko o wiele większa.
Obok niej stał mężczyzna, który w dzieciństwie wołał „hop, hop, jest tam ktoś”.
Rozmawiał z kobietą, która dawno temu pytała mamę, czy po drugiej stronie oceanu żyją ludzie.
– Skąd to masz? – zapytał ją na migi, patrząc na to, co trzymała w dłoni.
– Znalazłam to kiedyś tam, na brzegu – odpowiedziała mu, pokazując ręką kierunek.
– A wiesz, co znaczy napis na tej łódce?
Ich „rozmowę” przerwał nagły krzyk dzieci.
Kobieta i mężczyzna poszli za dom, gdzie bawili się dwaj mali chłopcy i dwie dziewczynki.
Bardzo chciałem się dowiedzieć, o czym rozmawiają, ale zniknęli mi zupełnie z oczu.
Na szczęście w okolicy szybował mewa.
Zauważyła, że kręcę się blisko brzegu i podleciała do mnie.
– Hej, pani mewo, co tam się dzieje? – zapytałem w jej narzeczu. Nauczyłem się go dawno temu, pływając w wodach północy. Na szczęście natrafiłem na ptaka, któremu języki obce nie były obce.
– Ja to się nie znam na ludziach, ale lubię ich obserwować i zastanawiać się, o co im chodzi.
– Więc jak myślisz, co tam się stało?
– Myślę, że to było tak:
– On przez całe życie śnił o wielkiej wyprawie. W końcu wypłynął, opuścił rodzinne strony. Kiedy dotarł na miejsce, okazało się, że na drugim brzegu oceanu też żyją ludzie. Latami robił wszystko, żeby któregoś dnia spełnić wreszcie swoje marzenie. I teraz jest szczęśliwy.
– To brzmi całkiem rozsądnie. A co powiedziała ta kobieta? Zrozumiałaś coś?
– Wydaje mi się, że ona też marzyła o tym, żeby popłynąć na drugi koniec oceanu i dowiedzieć się, kto tam mieszka. Kiedy jednak nie udało jej się tego zrobić, porzuciła swoje marzenie. Zajęła się…
– Czym?
– Niczym.
– To tak jak ja. Też lubię to zajęcie.
– Zajęła się życiem. Po prostu życiem. Zakochała się w kimś, założyła z nim rodzinę. I dziś jest szczęśliwa.
– A kto z nich jest bardziej szczęśliwy? Jak myślisz?
– Nie wiem. Dla każdego szczęście to coś innego. Dla niego była to wyprawa na koniec świata, dla niej założenie rodziny. Dla ciebie szczęściem jest pewnie nurkowanie w tej wodzie. Dla mnie – latanie. Zamieniłbyś się ze mną?
– A ty ze mną?
– Ja też nie – odpowiedziała mewa śmiejącym się głosem.
(koniec)
W KOLEJNYM ODCINKU:
Dwie dziewczyny kłócą się o coś nad brzegiem morza.
Okazuje się, że poszło o modny kapelusz.
W pewnej chwili jedna wrzuca go do morza, a druga zaczyna płakać.
Rekin postanawia przyjść im z pomocą.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
LEKCJA DLA DZIECKA:
Dziś będzie o horyzoncie.
Znasz takie słowo?
Wyobraź sobie, że stoisz nad brzegiem morza.
Patrzysz na wodę. Jest jej całe mnóstwo.
Ale w pewnym momencie widzisz, że na samym końcu morze… kończy się.
I tam, gdzie ono się kończy, zaczyna się niebo.
To miejsce między morzem a niebem, taka niewidzialna linia, która oddziela wodę od powietrza, nazywa się horyzont.
Oczywiście horyzont jest nie tylko nad morzem.
Jest wszędzie tam, gdzie patrzysz.
Horyzontem może być „linia” między ostatnimi drzewami, jakie widzisz, patrząc na las – a niebem.
Albo między ostatnimi domami czy blokami – a niebem.
Kto po raz pierwszy odkrył horyzont?
Tego nie wiadomo.
Może to było jakieś dziecko, które codziennie patrzyło na góry i pewnego dnia postanowiło zobaczyć, co się stanie, kiedy wejdzie się na nie?
Ten, kto to zrobił, na pewno bardzo się zdziwił, kiedy okazało się, że za horyzontem świat wcale się nie kończy.
Bo za horyzontem zawsze coś się zaczyna.
Na przykład nowa przygoda 🙂
ZADANIE DLA DZIECKA:
Czas na ćwiczenie wyobraźni.
Jak myślisz, czy możesz tak rzucić kamieniem przed siebie, żeby ten kamień uderzył cię w plecy?
Okazuje się, że to możliwe, przynajmniej teoretycznie.
Dlaczego?
Ponieważ Ziemia jest kulą.
Gdyby taki kamień miał skrzydła jak ptak i leciał cały czas prosto przed siebie, to po jakimś czasie doleciałby do Ciebie… z tyłu.
Gdyby jakiś pies przestraszył Cię tak bardzo, że zacząłbyś (zaczęłabyś) biec przed siebie, to obszedłbyś (obeszłabyś) Ziemię dookoła i znowu natknąłbyś się (natknęłabyś się)… na tego samego psa.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
Cena: 10 zł
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
8. „Jasiu i opowieści z zatopionego świata”
Wiek: dla dzieci 5+
Temat: geografia Polski i świata
Idea przewodnia: nie walcz ze złem, bo cię ono pochłonie, tylko pomnażaj dobro
Pewnego wrześniowego dnia, kiedy powietrze pachniało jeszcze ziemniakami zbyt długo pieczonymi w ognisku, na rękę Jasia spadła lodowata śnieżynka. Chłopiec aż podskoczył ze zdziwienia. Był przecież dopiero wrzesień i powietrze musiało jeszcze pachnieć przejrzałymi jabłkami, które zawieruszyły się w wysokiej trawie.
W POPRZEDNIM ODCINKU:
Pewnego dnia, kiedy Jan w obecności całej rodziny zdmuchiwał 97 świeczek na torcie, stało się to, czego nikt się nie spodziewał.
Nocą nie spadł ani jeden płatek śniegu.
Rankiem niebo pobłękitniało, a w południe na dom spłynął pierwszy od 94 lat promień słońca.
Jan był szczęśliwy jak nigdy w życiu.
Nie udało mu się co prawda pojechać nad morze, ale za to… morze przywędrowało do niego.
Lodowe góry były przecież pełne słodkiej wody!
Wokół domu Jana krył się prawdziwy, choć zamarznięty ocean.
Na szczęście główny bohater tej historii wiedział, jak znaleźć wyjście z tej sytuacji.
BAJKA
Jan całe życie czekał na ten dzień.
Na dzień, w którym z nieba nie spadnie już ani jeden płatek śniegu.
Czekał na ten dzień i choć nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek on nadejdzie, od dawna przygotował się na niego.
Wiedział, że kiedy tylko wiatr rozpędzi chmury i zza nich wreszcie wyjrzy słońce, to na świecie zrobi się cieplej.
A ciepło będzie oznaczało jedno: potop.
Wiedział, że gdy to nastąpi, nie będą mieć ani prądu, ani internetu, ani innych zdobyczy cywilizacji.
Wiedział, że cofną się do czasów, kiedy życie było proste. Brutalnie proste.
Dlatego studiował różne scenariusze rozwoju sytuacji i uczył się fachów przydatnych podczas kataklizmu, który miał nieuchronnie nadejść.
Zgromadził zapasy jedzenia, picia i wszystkiego, czego będą potrzebować, kiedy śnieg i lód zaczną zmieniać swój stan skupienia.
Jego żona uczyła się języka ryb i wodnych ptaków, bo słusznie przeczuwała, że w świecie przyszłości to właśnie te stworzenia poradzą sobie najlepiej.
Niestety, żona Jana nie doczekała chwili, w której na niebie zaświeciło słońce.
Umarła rok wcześniej, zostawiając po sobie całe góry gęsto zapisanych kartek.
Nie miała pojęcia, jak ważne kiedyś będzie to, co notowała przez lata.
A notowała wszystko, co uważała za ważne: wschody i zachody słońca, rodzaje chmur i deszczu, zwyczaje zwierząt, zachowania owadów czy ciekawostki dotyczące roślin.
***
Kiedy nadszedł ten długo oczekiwany dzień, większość urodzinowych gości postanowiła jak najszybciej opuścić dom Jana.
Z seniorem rodu zostali tylko wnuk Marek z żoną Zuzanną oraz ich dwoje dzieci: 9-letnia Joasia i 7-letni Jaś.
Nie minął dzień, kiedy ich drewniany dom został otoczony wodą ze wszystkich stron.
Najpierw miała ona głębokość typowej kałuży, ale zastraszająco szybko powiększała swoje rozmiary.
I to w każdym kierunku.
Mieszkańcy z niepokojem obserwowali to, co dzieje się za oknem.
– Słuchajcie, musimy zrobić coś szalonego, ale koniecznego – rzucił w pewnej chwili, niby od niechcenia, Jan.
– Masz na myśli przeprowadzkę, dziadku? – zapytał Marek.
– W pewnym sensie… – odpowiedział tajemniczo staruszek.
– W jakim sensie? – wtrąciła zaskoczona Zuzanna.
– Moje dzieci, przeprowadzimy się, nie przeprowadzając się wcale.
– To tak można? Marek, o co tu chodzi?
– Moi drodzy, powiedziałem, że przeprowadzimy się, nie przeprowadzając się, bo nie zamierzam się ruszać z mojego domu.
– Kamień z serca… Bałam się, że…
– Ja nie ruszę się z domu, ale dom – owszem. Obliczyłem wszystko, co musiałem obliczyć, poprawiłem, co wymagało poprawy i przygotowałem mój dom na to, co już wkrótce się stanie.
– A co się stanie? – zdziwiła się Asia.
– Śnieg i lód zaczną topnieć i świat, choć może tylko jego część, zniknie pod wodą.
– Chcesz powiedzieć, że twój dom będzie… arką Noego? – zawołał zaskoczony wnuk.
– Tak, choć prawdopodobnie nie zabierzemy na pokład wszystkich rodzajów zwierząt – roześmiał się Jan.
– Ale super, dziadku! – zawołał Jaś, który razem z Asią właśnie tak zwracali się do 97-latka, bo mówili, że to o wiele krócej niż „pradziadku”.
– Spokojnie, nie martwcie się. Na razie, póki co, dom pozostanie na swoim miejscu. Być może najgorszy scenariusz w ogóle się nie wydarzy. Trzeba być jednak przygotowanym na wszystko!
– Też tak myślę – wtrąciła Zuzanna. – Nie wiem, jak wy, ale jestem dobrej myśli.
Nie minęło jednak więcej niż kilka godzin, a do domu zaczęła wdzierać się woda.
Na szczęście Jan nie zamierzał biernie się temu przyglądać.
Od razu poszedł z Markiem i Jasiem do piwnicy.
– Wydawało mi się, że tu kiedyś było wyżej – zauważył wnuk, kiedy zeszli na sam dół.
– Masz rację, piwnica była wyższa, ale musiałem dorobić nową podłogę, a pod nią zostawić pustą przestrzeń. Dzięki temu wystarczy teraz zluzować mocowania i odkręcić zawory, żeby…
– … dom zaczął pływać? – zapytał przejęty Jaś.
– Dokładnie tak! I właśnie teraz się za to zabierzemy. Musimy to zrobić równocześnie. Jest pięć mocowań…
– Ale nas tylko trzech… – zauważył chłopiec.
– Racja. Zawołam dziewczyny.
Jan wyszedł po schodach na górę, a po chwili przyprowadził do piwnicy Zuzannę i Asię. Kiedy wrócił, wydał wszystkim jedno polecenie:
– Teraz podejdźcie do tych mocowań i na mój znak, wszyscy razem, w tej samej chwili, podnieście je do góry. Pamiętajcie, musimy to zrobić równocześnie! Inaczej… wolę nie myśleć, co się stanie.
– Dobrze dziadku… – pisnęła cicho Asia.
– Wszyscy gotowi? Na stanowiskach?
– Tak!
– Tak!
– Tak!
– Tak!
– Uwaga, odliczam od trzech.
– Od trzech do ilu? – zapytał Jaś.
– Do jednego.
– A potem?
– Potem powiem…
– Co powiesz?
– „Teraz”.
– Już?
– Nie, nie teraz.
– A kiedy?
– Jak powiem „teraz”.
– Aaaa…
– Już wiesz, Jasiu?
– Tak.
– To możemy zaczynać?
– Teraz?
– Tak… Nie! Nie teraz, Jasiek!
– Wiem, wiem. Żartowałem.
– Nie żartuj tak, proszę…
– Dobrze.
– Uwaga: zaczynam odliczanie. Trzy… dwa… jeden… teraz!
Wszystkie mocowania puściły w jednej chwili.
Nagle pojawił się szum. Dźwięk narastał i narastał.
To woda otaczająca ich z każdej strony wlewała się z impetem pod nową podłogę domu.
Budynek lekko przechylił się w jedną stronę, potem w drugą i w końcu, po kilku takich kołyszących ruchach – ustabilizował się.
Wszyscy wybiegli z piwnicy, żeby zobaczyć, co się dzieje.
Spojrzeli przez okno i zaniemówili.
Świat za oknem… poruszał się.
Ich dom naprawdę zmienił się w arkę.
– Dziadku, a da się to cofnąć? – zapytała Asia.
– Cofnąć?
– No… żeby dom z powrotem stanął na swoim miejscu.
– Obawiam się, Asieńko, że to raczej niemożliwe… – odpowiedział zamyślony Jan.
– I co teraz będzie?? – przeraziła się Zuzanna.
– Będzie dobrze. Całe życie modliłem się tylko o jedno: żebym był jak najlepiej przygotowany na dzień, w którym to wszystko zacznie topnieć. Panie Boże, a teraz… trzymaj za nas kciuki!
(koniec)
W KOLEJNYM ODCINKU:
Pływający dom dociera w pobliże skrawka lądu.
Jan i jego prawnuki postanawiają sprawdzić, jak żyją mieszkańcy tego terenu i czego im najbardziej brakuje.
Aby to zrobić, wpadają na niezwykły pomysł.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
LEKCJA DLA DZIECKA:
Bohaterowie tej bajki już wkrótce dowiedzą się, jak to jest żyć bez stałego dostępu prądu oraz bez internetu.
Ich dom będzie dryfował na wodzie.
To sprawi, że ich życie będzie trudniejsze niż kiedykolwiek.
Nie będą mieć internetu i GPS-u.
Jak więc będą mogli wyznaczyć kierunek (północ, południe, wschód albo zachód)?
Na początek zobacz kilka najbardziej znanych sposobów, których będą mogli użyć:
1. Kompas.
2. Słońce: wschodzi na wschodzie, zachodzi na zachodzie.
3. Cień: w południe cień jest najkrótszy i wskazuje północ. Wystarczy wbić pionowo patyk w ziemię, żeby stworzyć taki „kompas”.
4. Gwiazdy: Gwiazda Polarna wskazuje północ mieszkańcom północnej półkuli Ziemi. Na południowej półkuli takim znakiem orientacyjnym jest Krzyż Południa.
5. Mech: rośnie przeważnie po północnej stronie drzew, znaleźć go można również na północnych ścianach budynków albo po północnej stronie dużych kamieni.
6. Kwiaty: najczęściej zwracają się w kierunku południowym.
Jest też kilka sposobów mniej oczywistych:
1. Kościoły: są budowane tak, by ołtarz był skierowany w stronę wschodu, a wejście do świątyni było od zachodu.
2. Anteny satelitarne: w Polsce są zwrócone „talerzami” w kierunku południowym.
3. Okna: domy jednorodzinne mają z reguły większe okna (więcej okien) od strony południowej niż północnej.
ZADANIE DLA DZIECKA:
Kiedy będziesz na spacerze z rodzicami, spróbujcie odgadnąć kierunki świata.
Użyjcie jednej z powyższych metod.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
Cena: 10 zł
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
9. „Mysikrólik, myszy i królik”
Wiek: dla dzieci 6+
Temat: podstawy biologii i astronomii
Idea przewodnia: odkrywanie nowych światów
Deszcz spadał z nieba coraz szybciej. Emea próbowała omijać kałuże. Jack opadał z sił. Pan Tosieda ocierał pot z czoła. W pewnej chwili usłyszał, jak coś uderza o przednią szybę. Odwrócił głowę, żeby sprawdzić, co to było. Nie zauważył, że w tej samej sekundzie Emea wbiega prosto pod koła jego samochodu.
W POPRZEDNIM ODCINKU:
Deszcz spadał z nieba coraz szybciej.
Emea próbowała omijać kałuże.
Jack opadał z sił.
Pan Tosieda ocierał pot z czoła.
W pewnej chwili usłyszał, jak coś uderza o przednią szybę.
Odwrócił głowę, żeby sprawdzić, co to było.
Nie zauważył, że w tej samej sekundzie Emea wbiega prosto pod koła jego samochodu.
W ostatnim momencie zahamował, ale jego córeczka potknęła się i przewróciła na ziemię…
BAJKA
Pan Tosieda wyskoczył z samochodu i rzucił się na pomoc córce.
– Kochanie, nic ci nie jest?
– Nic, tatusiu… – powiedziała oszołomiona.
Przytulił ją mocno i prawie się rozpłakał.
***
Tymczasem mysikrólik leżał na trawniku przed domem Emei i jej rodziców.
Wszystko go bolało, ale najgorsze było to, że nie mógł wstać.
Uderzył głową w szybę samochodu i… zapomniał, jak się chodzi i lata.
Był teraz zupełnie bezbronny.
Byle kot mógł go dopaść i skrzywdzić.
W dodatku nie mógł nic jeść.
Dla innego ptaka to ostatnie nie byłoby wielkim problemem, ale nie dla niego.
Każdy mysikrólik musi stale mieć coś w dzióbku, chociażby maleńkie ziarenko z sosnowej szyszki.
– Oj, oj, oj… Co się stało? – wołał po ptasiemu. – Pomocy… czy ktoś mnie słyszy?
Nikt jednak nie słyszał jego popiskiwań. Świat kręcił się dalej.
– Jeśli ktoś mi pomoże, to ja zrobię dla niego wszystko…
***
Pan Tosieda kończył właśnie dogaszać pożar w warsztacie.
Jego żona zadzwoniła do strażaków, żeby odwołać alarm.
Z domu wyszła Emea. Ostrożnie stawiała każdy krok, jakby od nowa uczyła się chodzić.
Chciała sprawdzić, czy w królestwie taty wszystko jest już w porządku.
Nagle zauważyła, że w trawie coś się rusza.
Coś, czego nigdy wcześniej nie widziała.
– Tato! Mamo!
Pan i pani Tosieda podbiegli równocześnie do swojej córki.
– Co się stało?
– Tato, zrób coś! – krzyknęła Emea, próbując wziąć ptaszka na ręce.
– Co mu jest?– zapytała mama.
– Żyje, na szczęście żyje… – wyszeptał Tosieda, delikatnie badając małego pacjenta.
– Pomożesz mu, tatusiu?
– Oczywiście, kochanie! Zaraz się nim zajmę!
***
Pan Tosieda był konstruktorem.
Potrafił zbudować, przebudować i rozbudować praktycznie wszystko.
Umiał też naprawić nawet to, co inni dawno wyrzuciliby na śmietnik.
Był też wynalazcą. W zaciszu swojego warsztatu niestrudzenie tworzył rzeczy, które nikomu innemu nie przyszłyby do głowy.
Pracował kiedyś w agencji kosmicznej, ale został stamtąd wyrzucony, ponieważ miał za dużo szalonych pomysłów, które zbyt często kończyły się katastrofą.
Chciał wrócić do swojej ukochanej pracy i dlatego budował teraz coś absolutnie przełomowego.
Coś, co miało przekonać szefów agencji, że popełnili pochopną decyzję, rozstając się z kimś tak bardzo utalentowanym.
***
Tata Emei wyjął czystą chusteczkę i delikatnie położył na niej rannego ptaszka.
Następnie ostrożnie przeniósł go do swojego laboratorium, które nie zostało tknięte przez pożar i rozkazał, żeby nikt mu nie przeszkadzał.
Trzy godziny później zamknął za sobą drzwi na klucz i wrócił do domu.
Był zmęczony, ale szczęśliwy, że udało mu się uratować życie dzielnego ptaka.
Przebrał się, umył ręce i twarz, a potem usiadł z rodziną przy stole.
Westchnął ciężko, a potem uśmiechnął się jak ktoś, kto cieszy się z dobrze wykonanego zadania.
Już miał zamiar opowiedzieć o szczegółach operacji, którą wykonał, gdy usłyszał:
– Tato, a gdzie jest Puszek?
– Córeczko, jak by ci to powiedzieć… – zaczęła mama.
– Normalnie.
– Twój pies jest… był… ciężko chory i dlatego… – prawie dokończył tata.
– Wiem, od dawna był coraz słabszy.
– Był ciężko chory i…
– Rozumiem.
Tata przytulił Emeę.
Po chwili podeszła mama i pocałowała dziewczynkę w policzek.
Cała trójka stała chwilę bez ruchu.
– Wiedziałam, że tak się stanie. Dlatego tato zrób tak, żeby ten ptaszek żył jak najdłużej.
– Będzie tak, jak mówisz, ale teraz musi odpoczywać.
– Co mu zrobiłeś?
– Dałem mu nowe serce. Sztuczne, ale działa lepiej niż prawdziwe.
– Tato… – Emea nie wiedziała, co powiedzieć. Tata zrobił coś, o czym nawet nie śmiała marzyć.
– Wszczepiłem mu też komunikator.
– Nie rozumiem…
– Będzie mógł się z nami porozumiewać.
– Ludzkim głosem?
– Tak, choć nauczenie się tego zajmie mu dłuższą chwilę. Na razie będzie mówił głównie po swojemu.
– Mogę go zobaczyć?
– Ale tylko przez szybkę w drzwiach.
Emea wybiegła z domu i popędziła do laboratorium. Po chwili wróciła zdyszana.
– Tato, jak go nazwiemy?
– Nie wiem, wymyśl coś. Może Wróbelek?
– Tato, ale to chyba nie jest wróbelek. Zobacz, jaki jest maleńki. I ma taką żółtą kreskę, jakby lampkę na główce.
– Zaraz sprawdzę w encyklopedii.
Tata włączył swój smartfon i po chwili wiedział już wszystko.
– To mysikrólik!
– Mysikrólik? Tak nazywa się ten ptaszek?
– Tak, to najmniejszy ptak w naszym kraju. I najdzielniejszy, tak tutaj piszą.
– Już wiem, nazwę go Jack!
Tymczasem obiad, który leżał na stole, zdążył już na dobre wystygnąć.
– Hej, jedzcie, bo cieplejsze nie będzie! – zaśmiała się mama.
– Już, mamusiu! Za dużo się dzisiaj dzieje!
– Ciekawe, czy Jack ma rodzeństwo. Jak myślicie? – zapytała pani Tosieda.
– Na pewno ma jakiegoś brata albo siostrę. W encyklopedii przeczytałem, że mysikrólików jest dość dużo, choć żyją bardzo krótko. Ale Jack będzie inny. Zobaczycie.
– Szczęściarz… też chciałabym mieć brata.
***
Następnego dnia, parę minut po śniadaniu tata zawołał:
– Emeo, chodź szybko!
– Co się stało?
– Jack się obudził!
Dziewczynka pobiegła do warsztatu.
Ptaszek nie tylko obudził się jakiś czas temu, ale momentalnie zabrał się za latanie.
Kiedy zobaczył Emeę, od razu wylądował, siadając na lampce stojącej na biurku.
– Cześć, Jack! Chcesz iść ze mną na spacer? – spytała. – Dziś jest sobota, mam wolne.
Ptaszek popatrzył na Emeę takim wzrokiem, że wydawało się, że w oczach ma wielki napis „baaaardzo chcę”.
– Tato, idę z Jackiem na saneczkową górkę.
– Ale do zimy jeszcze pół roku, kwiatuszku. A poza tym… Pamiętasz, kiedy ostatnio padał u nas śnieg? Bo ja nie.
– To zaczekamy! – zażartowała Emea.
– Wiem, że nie chodzi wcale o sanki. Stamtąd najlepiej widać rakiety. Uważaj na siebie! Uważajcie na siebie!
– Będzie dobrze! Jack będzie mnie pilnował. Gdyby coś mi się stało, przyleci do ciebie, tato, w trzy sekundy! Prawda, Jack?
Jack ćwierknął, że się zgadza, chociaż nie wiedział, co to znaczy „trzy sekundy”.
Dziewczynka wyszła z domu, minęła osiedle i zaczęła wspinać się na górkę, z której, gdyby tylko zimy w jej kraju były nieco bardziej śnieżne, można byłoby zjeżdżać na sankach.
Co jakiś czas zatrzymywała się, żeby odsapnąć.
Wreszcie weszła na szczyt. W oddali było widać miejsce, z którego startują rakiety.
– Wiesz co, Jack, bardzo chciałabym kiedyś polecieć na inną planetę, albo na Księżyc, albo chociaż parę razy okrążyć Ziemią.
– Ćwir ćwir ćwir!… zapiszczał radośnie Jack.
– Chciałabym, ale nie mogę – mówiła dalej Emea. Jestem chora, szybko się męczę, nie mogę za długo biegać. Na razie codziennie dostaję różne lekarstwa i czekam na operację. Lekarze mówią, że będzie bardzo skomplikowana i że nigdy jeszcze takiej nie robili…
– Ćwir ćwir… westchnął smutno mysikrólik. Tak bardzo chciał odwdzięczyć się Emei i jej rodzicom za wszystko.
Gdyby tylko znalazł sposób na spełnienie marzenia dziewczynki…
(koniec)
W KOLEJNYM ODCINKU:
Emea i Jack natykają się na wehikuł pana Tosiedy.
Chcą go tylko obejrzeć, ale wtedy mysikrólik robi coś, co zmieni życie wszystkich bohaterów na zawsze.
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
LEKCJA DLA DZIECKA:
Jednym z bohaterów tej bajki jest mysikrólik.
To naprawdę niezwykły ptaszek!
Jest najmniejszym ptakiem w Polsce. Mierzy zaledwie 9 cm długości.
Potrafi ważyć mniej niż mała łyżeczka wody.
Potrafi zawisać w powietrzu jak koliber.
Musi bardzo często jeść. Inaczej szybko umiera (zwłaszcza zimą).
Ptaki tego gatunku żyją średnio tylko 8 miesięcy.
Najtrudniejsza dla nich jest zima (potrafią wówczas wyginąć nawet 4 ptaki na 5).
Mimo swoich rozmiarów ptaki te są niezwykle odważne.
ZADANIE DLA DZIECKA:
Mysikrólik Jack dostał od pana Tosiedy urządzenie, dzięki któremu ptaszek mógł mówić ludzkim głosem.
Jak myślisz, co powiedziałby Twój zwierzak (pies / kot / rybka / kanarek itp.), gdyby ktoś wyposażył go w takie urządzenie?
Co twoje zwierzątko powiedziałoby o Tobie?
Jakie byłoby jego pierwsze zdanie?
TRZECI NUMER MIESIĘCZNIKA WOJTAS ACADEMY
kupisz tutaj
Cena: 10 zł
© Maciej Wojtas | www.Wojtas.Academy
10. Chcesz czytać więcej (za darmo)?
Zapisz się na newsletter Wojtas Academy!
Zobacz, dlaczego warto zapisać się już teraz.
11. Napisz, co sądzisz o tych bajkach
Wyślij swoją szczerą opinię.
Za każdą już teraz bardzo dziękuję!
Użyj tego formularza: