„Jak Scepan stał się Szczepanem” (bajka dla dzieci 3+)

Bajkowa Akademia Nauk | Korepetycje dla dzieci z ED i uczniów szkół podstawowych

 


 

 
 

Początek

 
Jesteś już? To usiądź wygodnie.
 
Jak pewnie wiesz, nazywam się Szczepan.
 
Przepraszam, wcale tak się nie nazywam. Tak mam na imię.
 
– Szczepcio, chodź na chwilę!
 
Zaczekaj… To mama. Muszę iść. Ale zaraz wrócę.
 
– Juuuuż lecę, mamo…!
 
 
Dobra, jestem, musiałem posprzątać pokój. Na czym skończyłem?
 
Mam prawie pięć lat. Właściwie to cztery i pół. Ale czuję się tak, jakbym miał pięć lat.
 
Uwielbiam rysować, ale nie bardzo umiem to robić. Dlatego robię to tak, jak umiem.
 
 
Mam tatę, mamę, brata i siostrę.
 
Tata jest super.
 
Mama jest super.
 
Brat ma prawie 3 lata i wiadomo, że jest super.
 
A siostra dopiero uczy się siadać i wiem, że niedługo też będzie super.
 
 
Mama stale mi powtarza, że jestem wspaniałym chłopcem, ale ja w to nie wierzę.
 
Jestem mniejszy niż inni, chudszy niż inni, słabszy niż inni i choruję częściej niż inni.
 
W dodatku noszę okulary z grubymi szkłami, a jak się zdenerwuję, to zamiast „sz” – mówię „s”, zamiast „cz” – mówię „c”, a zamiast „rz” – mówię „z”.
 
 
Przez cztery lata, trzy miesiące, dwa dni i jedną godzinę żyłem sobie spokojnie w domu, który stoi za miastem.
 
Czasami biegałem po ogrodzie, bawiłem się z bratem i rozśmieszałem siostrę.
 
Czasami biegałem z siostrą, która leżała w swoim wózku, bawiłem się w ogrodzie i rozśmieszałem brata.
 
A czasami biegałem z bratem, bawiłem się z siostrą i rozśmieszałem… ogród.
 
Naprawdę!
 
Rozśmieszałem wszystkich jego mieszkańców.
 
 
Rozśmieszałem wróble, które siedziały na rynnie i od rana do nocy kłóciły się o wszystko, nawet o to, że się kłócą, zamiast robić coś pożytecznego.
 
Rozśmieszałem podwórkowe koty, które spotykały się pod wierzbą płaczącą, żeby omówić to i tamto, rozśmieszałem ślimaki, które wychodziły po deszczu, żeby poślizgać się po trawie, a nawet pszczoły, które przylatywały od sąsiada, żeby najeść się u nas kwiatowego nektaru.
 
I powiem ci, że pszczoły nie mają chyba poczucia humoru, bo kilka razy mnie użądliły.
 
Ale przylatują tu często, bo kwiatów mamy tak dużo, że tata mówi, że moglibyśmy założyć kwiaciarnię.
 
 
Niestety, od kilku dni jest inaczej.
 
Od kilku dni chodzę do przedszkola.
 
W mojej grupie jest dużo dzieci, ale żadne nie chce się ze mną bawić.
 
Mówią, że jestem nowy. Mówią, że jestem inny. Poza tym – nic do mnie nie mówią.
 
Pytają tylko czasem, skąd się wziąłem i jak właściwie mam na imię: Szczepan czy Scepan.
 
Wszyscy tam się znają, bo chodzą do przedszkola od roku albo dwóch.
 
Znają się i mają swoje sprawy. Mówią, że to są ich sprawy, a nie moje.
 
 
Dlatego nie chcę tam chodzić.
 
Niestety, mama i tata mają inne zdanie.
 
Zdanie młodszego brata się nie liczy.
 
A zdania siostry nikt nigdy nie słyszał.
 
 
Zaraz wyjdę z domu i znowu pójdę do przedszkola.
 
Czekajcie, mama mnie woła.
 
– Szczepcio…!
 
Nie lubię, kiedy tak do mnie mówi.
 
– Szczepek!
 
Tak nie lubię jeszcze bardziej.
 
– Szczep!
 
A tak nie lubię najbardziej, bo szczep kojarzy mi się z…
 
– Już idę, mamo.
 
– Ubierz się i poczekaj pod bramą. Wezmę tylko coś z twojego pokoju.
 
– Dobra.
 
No to już wiesz, jak wygląda moje życie.
 
Rano wstaję i martwię się, że muszę iść do przedszkola.
 
Potem siedzę tam całe wieki, a wieczorem martwię się, że następnego dnia znowu będzie to samo.
 
No nic, muszę lecieć. Strasznie chciałbym, żeby już było popołudnie. Byłbym już z powrotem w domu.
 
– Szczepan, chodź, idziemy. Pojedziemy autem, bo trochę już późno.
 
– Dobrze, mamo…
 
Mam nadzieję, że auto nie zapali (tak jak kiedyś) i nie pojedziemy do przedszkola.
 
Wtedy mama powie, że niestety muszę zostać w domu, a ja zrobię smutną minę, że jest mi przykro.
 
– Jesteś gotowy?
 
– Tak.
 
– No to chodź, wskakuj, jedziemy!
 
Nie mam innego wyjścia, wskakuję. Muszę tylko poprawić fotelik i zapiąć pas.
 
– Szczepan, coś nie mogę zapalić.
 
– Naprawdę?
 
– Spróbuję jeszcze raz.
 
– Ale po co??
 
– Może się uda.
 
– To pewnie akumutator, mamo.
 
– Akumulator.
 
– Wiem, to taka duża bateria.
 
– Mówi się „akumulator”, nie „akumutator”.
 
– Czyli zepsuł się, tak?
 
– Spróbuję jeszcze raz…
 
– Nie uda ci się.
 
– Co tam mówisz?
 
– Nic, nic.
 
– Jest! Udało się!
 
Co za pech. To auto jest za dobre. Może kiedyś się zestarzeje, zardzewieje i popsuje, ale na razie niestety działa i zaraz będę w przedszkolu.
 
– Szczepcio, a wziąłeś…
 
– No pewnie, że wziąłem.
 
– A zabrałeś…
 
– Zabrałem.
 
– A…
 
– Mam wszystko, mamo.
 
– Zuch z ciebie!
 
Jedziemy. Jedziemy. Jedziemy. Szybciej, szybciej, coraz szybciej i… teraz wolniej. Coraz wolniej. Stop. Stoimy. Super!
 
– No nie, Szczepciu, zobacz jaki korek!
 
– Wiadomo, poniedziałek.
 
– Jakoś w inne dni nie ma korków.
 
– Szkoda, że tydzień nie składa się z samych poniedziałków, sobót i niedziel…
 
– Co mówisz?
 
– Nic, nic.
 
– A może wysiadłbyś tutaj i poszedł dalej sam?
 
– Mamo, przecież to niebezpieczne!
 
– Masz rację. Trudno, stoimy.
 
– Mogę się spóźnić, nic się nie stanie.
 
– A jak tam w przedszkolu, lepiej czy…?
 
– No.
 
– O, patrz, korek znika!
 
– Tak? Ale zaraz będzie czerwone światło, mamo, jedź wolniej.
 
– Masz rację. Aaa… zapomniałam. Dziś przyjdę godzinę później, bo wypadło mi spotkanie w pracy.
 
– Godzinę??
 
– Góra półtorej, może dwie, ale będę chciała przyjechać jak najszybciej.
 
Szkoda, że nie widzisz teraz mojej miny. Chociaż właściwie dobrze, że jej nie widzisz. Zwłaszcza tych błyszczących kropelek, które świecą się w moich oczach.
 
– O, już jesteśmy. Wyskakuj i leć, mój supermenie!
 
– Lecę, mamo. Pa…
 
– Albo nie, pójdziemy razem. Z tego wszystkiego zapomniałam, że mam dla ciebie prezent.
 
– Prezent?
 
Szkoda, że nie widzisz teraz mojej miny. Mama wie, jak robić niespodzianki!
 
– Chodź do szatni. Dam ci go w szatni.
 
– Ale tak przy wszystkich?
 
– Nic się nie bój!
 
Też tak masz, że jak ktoś ci mówi „nic się nie bój”, to zaczynasz się naprawdę bać?
 
– Będzie dobrze!
 
Też tak masz, że jak ktoś ci mówi „będzie dobrze”, to czujesz, że wcale tak nie będzie?
 
– Cześć, Szczepan i dzień dobry pani.
 
A, to jakiś chłopak z mojej grupy. On jeden jest chyba w porządku.
 
– Pani jest mamą Szczepana?
 
– Dzień dobry, tak jestem jego mamą. Szczepcio, przywitaj się z kolegą.
 
– Ceś… Cześć.
 
– To ja już pójdę, do widzenia pani! Cześć, Szczepan!
 
Patrzę się na mamę i czuję, że zaraz powie coś, czego naprawdę nie lubię.
 
– Bardzo miły chłopiec i jaki grzeczny, prawda, Szczepciu?
 
– No.
 
– Też byś tak mógł czasem…
 
– Mamo, a co z tym prezentem?
 
– Szczepciu, a czy ten chłopiec bawi się z tobą?
 
– Nie.
 
– Prezent. Masz rację. Byłabym zapomniała.
 
 
Nie wiem, co to za prezent. Urodziny miałem dawno, a do imienin jeszcze pół roku.
 
Widzę tylko, że mama sięga teraz do torebki. Coś z niej wyciąga. No nie… to nie może być to! Przyniosła z domu moją starą ciężarówkę, takie małe plastikowe autko.
 
I jeszcze wzięła Pana Scepana, czyli takiego plastikowego ludzika, którego wsadzałem do kabiny i bawiłem się, że wozimy razem różne rzeczy. To strasznie stara zabawka. Dostałem ją, jak byłem mały.
 
– Mamo… weź… schowaj, bo wszyscy patrzą.
 
– To jest prezent dla ciebie, ale muszę ci coś jeszcze powiedzieć.
 
– Tak przy wszystkich?
 
– Nie, na ucho.
 
Zaraz się zacznie. Akurat teraz wszyscy tu są. Nie mają nic innego do roboty?
 
– Co chcesz mi powiedzieć?
 
– Zbliż się, powiem ci do ucha.
 
Przysuwam się do mamy. Zaczynam słuchać. Szkoda, że nie widzisz teraz mojej twarzy. Robi się czerwona jak zawstydzony burak. Mama mówi mi coś dziwnego. Bardzo dziwnego. To coś tak dziwnego, że…
 
– Naprawdę, mamo?
 
– Naprawdę, Szczepciu. Po to wzięłam te dwie zabawki.
 
– I to mi pomoże? Będą się ze mną bawić? I nie będą się ze mnie śmiać?
 
– Nie będą.
 
– Na pewno?
 
– Może przez chwilę. Na samym początku.
 
– A potem już nie?
 
– Potem stanie się coś…
 
– Co?
 
– Sam zobaczysz! Pa, Szczepciu, bądź grzeczny! Wrócę trochę później.
 
– Pa, mamo…
 
 
 
© Maciej Wojtas
 


 

W kolejnej historii z tej serii:

 
Szczepan nadal marzy o tym, żeby ktoś zaczął się z nim bawić.
 
Nie ma nic do stracenia, dlatego postanawia wypróbować pomysł, który podsunęła mu jego mama.